piątek, 16 sierpnia 2019

ROZBITKOWIE część I


Sekundy, minuty, godziny, dni, tygodnie, miesiące, a teraz już lata. Tak właśnie dwoje rozbitków odliczało czas jaki już nie są razem. Kiedy widzieli się ostatni raz. A było to jakieś dwa lata temu.  Każde z nich strasznie żałowało tego co się stało. Żadne nie ułożyło sobie życia. Jedno i drugie mimo, że osobno marzyło o tej wspaniałej miłości. Miłości niespełnionej. Marzyli o sobie na wzajem.


- Stary daj spokój. Ile jeszcze  zamierzasz opłakiwać tę nieszczęsną miłość. Chodź pójdziemy do klubu zabawimy się jak dawniej, a raczej ty - mówił pucołowaty blondyn
- Jak ty nic nie rozumiesz. Albo nie chcesz zrozumieć. Ja ją kochałem, kocham i będę kochał - mówił ze smutkiem w głosie brunet z dołeczkami na policzkach
- Ale jej nie ma. Zapewne już dawno jest po ślubie z doktorkiem. A może i nawet mają dzieci - mówił blondyn
- Seba zrozum ta albo żadna inna - odparł brunet. Zawsze tak mówił.
Rodzina, przyjaciele nie rozumieli tego jego zachowania. Matka jeszcze przez jakiś czas próbowała namówić go aby ponownie zszedł się z Pauliną. Mawiała.
- Marku, tak nie można. Przecież Paulinka cię kocha.
- Nie mamo, ona kocha co najwyżej siebie samą i Aleksa. Nie wrócę do niej. Kocham Ulę i tak już pozostanie - odpowiadał. A Helenie Dobrzańskiej pozostała tylko nadzieja, że jej syn jeszcze kiedyś będzie szczęśliwy.
Po swojej stronie miał jedynie swego ojca.
- Synu, a może spróbuj do niej zadzwonić albo jedź do Rysiowa – namawiał go senior.
- Próbowałem dzwonić wiele razy, ale nie odbiera. W Rysiowe również byłem kilka razy. Ze dwa nawet rozmawiałem z jej ojcem, ale ten nie może albo nie chce mi powiedzieć gdzie ona jest – mówił.
Przez te dwa długie lata ani razu nie poszedł do klubu. Żył jak mnich. Uważał iż spotkanie się z jakąkolwiek inną kobietą będzie tak jakby zdradził Ulę, a tego nie chciał. Z jego twarzy znikł ten wieczny radosny uśmiech. Uśmiech, którym zarażał wszystkich w koło. Nie umiał się uśmiechać. Wszystko mu ją przypominało. Nie raz płakał w zaciszu własnego domu. Zazwyczaj tak się stawało gdy oglądał jej zdjęcia.
- Tak bardzo cię kocham - mówił do siebie w takich razach oglądając jej zdjęcia. A przy tym płakał jak dziecko.
Tak bardzo żałował, że nie pokazał się na tym pokazie.
- Może teraz bylibyśmy szczęśliwym małżeństwem. Może mielibyśmy dzieci - rozmyślał. I coraz bardziej z upływem czasu uświadamiał sobie  wiele rzeczy. A przede wszystkim to, że on niszczy wszystkich i wszystko wokół. Czasami zastanawiał się jak ona teraz wygląda, co robi i zwłaszcza czy jest szczęśliwa. Pragnął aby tak właśnie było. Aby była szczęśliwa. Bo zasługiwała na to, w przeciwieństwie do niego.
Z każdym dniem zaczynał przypominać Aleksa, ludzie starali się schodzić mu z drogi.
Pewnego dnia nawet pokłócił się z Sebastianem.
- Marek to jest Dominika twoja nowa asystentka – rzekł jednego razu kadrowy, gdy prezes wszedł do sekretariatu. Marek popatrzył to na Olszańskiego to na kobietę by po chwili wykrzyczeć mu prosto w twarz.
- Czy ja prosiłem o nową asystentkę? - zapytał i natychmiast sam odpowiedział – nie kurwa. Przy tym cholernym biurku - wskazał palcem mebel - może siedzieć tylko Ula. Tak więc pani dziękujemy – zwrócił się do kobiety niezbyt miłym tonem. Lecz jemu było wszystko jedno.
- Marek co się z tobą dzieje chłopie. Do klubu nie, nowa asystentka też nie. Ta twoja Brzydula… - nie zdążył więcej powiedzieć, bo poczuł silny ból oraz krew spływającą mu po brodzie.
- Ty idź się leczyć – wysyczał przez zęby Olszański.
- Teraz już więcej Uli tak nie nazwiesz. A jak coś ci się nie podoba to możesz się zwolnić – krzyczał Marek.
Temu wszystkiemu przyglądała się Violetta.
- Ty też chcesz coś powiedzieć? - wysyczał do niej prezes. Blondynka tylko pokiwała przecząco głową i pochyliła się nad dokumentami.
Od tego dnia obaj panowie nie odzywali się do siebie, a nawet schodzili sobie z drogi. Olszański jak miał jakieś papiery do przekazania dla Marka robił to przez Alicję Milewską lub Violettę swoją narzeczoną.


- Co za idiota z tego Marka. Tej już nie ma od tak dawna, a on wciąż tylko o niej – mówił jednego razu Sebastian do Violi.
- A może on rzeczywiście tak bardzo ją kocha – rzekła Kubasińska.
- Violuś, ale przecież nawet jak był z Febo to tak się nie zachowywał. I to, na samym początku ich znajomości, gdy twierdził iż kocha Pauliną – mówił.
- Widocznie tamto było czymś zupełnie innym. Może wówczas to było zwykłe zauroczenie, a teraz jest najprawdziwszą miłością – próbowała zachowanie Dobrzańskiego tłumaczyć kobieta.
- No dobra ok. Ale w takim razie powiedz mi co ona ma takiego w sobie, że ten kretyn tak się zakochał. Przecież ona nawet po tej przemianie nie wygląda na chodzącą piękność. Owszem jest może i ładna, ale nadal nie widzę w niej piękności – mówił Olszański.
- Wiesz co, kretyn to z ciebie jest. W życiu nie liczy się tylko piękno zewnętrzne, ale również to co masz w środku. A Ula to naprawdę wspaniały człowiek, ona ma serce na dłoni, nie odmawia pomocy nikomu. Jest szczera, przyjazna i takich przymiotników mogłabym wyliczyć wiele. I najwyraźniej tym ujęła Marka. Nie pomyślałeś? – mówiła ze złością w głosie. To co powiedział jej narzeczony świadczyło, że dla niego poza wyglądem zewnętrznym nie liczy się nic.
- Oj to nie tak – próbował się bronić.
- A jak? - usłyszał w odpowiedzi.
- Wiesz ja mam wrażenie, że… - przerwał na chwilę tak jakby zastanawiał się nad tym co chce powiedzieć – że ona zrobiła wszystko aby go rozkochać w sobie, bo chciała się wżenić w jego rodzinę – próbował jakoś tłumaczyć.
- Co ty za głupoty gadasz. Przypominam ci, że to wy obaj wymyśliliście tę głupią intrygę, bo się Markowi grunt pod rękami palił – odburknęła.
- Z tym, że ona już wówczas była w nim zakochana – odparł mężczyzna.
- I co to ma do rzeczy? Z resztą gdyby było tak jak mówisz to sądzisz, że odeszła by i ukryła się przed nim? - zadała kolejne pytanie.
- Możliwe, że nie. Ale przecież wciąż posiada weksle na jego udziały – odpowiedział Sebastian.
- I tu się mylisz mój drogi – odparła pewna swego Violetta.
- Jak to? - zapytał ze zdziwieniem w głosie jej narzeczony.
- A tak to – odparła mu kobieta, po czym dodała – Widziałam ich jak spotkali się w parku kilka dni po tym jak wasza intryga wyszła na jaw. I dość głośno rozmawiali, powiedziałabym nawet, że się kłócili – wyjaśniła panna Kubasińska.
- O czym tak rozmawiali? - zaciekawiło to blondyna.
Viola widać było, że próbuje sobie przypomnieć dokładnie o czym ta dwójka rozmawiała tego pamiętnego dnia w parku.
- Stali oboje na mostku. Ula trzymała w ręku teczkę, a Marek stał obok. Oboje widać było, że mają nieszczególne miny. W pewnym momencie Ula odezwała się do niego.
- Poprosiłam cię o to spotkanie aby oddać to co nie moje – rzekła i wyciągnęła rękę, w której trzymała teczkę w kierunku Marka.
- Ale co to jest? - zapytał chociaż doskonale wiedział co znajduje się w środku.
- Twoje udziały – odparła.
- Ula doskonale wiesz, że to jest twoje zabezpieczenie w razie gdyby coś poszło nie tak – mężczyzna próbował tłumaczyć.
- Ja ich nie potrzebuję – odparła kobieta i wcisnęła mu teczkę w dłoń.
- Dobrze wiesz Ula, że nie zależy mi na tych udziałach – rzekł młody Dobrzański.
- A to ciekawe co mówisz, bo przecież po to była ta cała udawana twoja miłość do mnie, ba ty nawet potrafiłeś udawać zazdrosnego, gdy w pobliżu kręcił się Bartek – mówiła z żalem w głosie Ula, po czym odwróciła się i odeszła zostawiając Dobrzańskiego samego z teczką gdzie oprócz weksli było jej wypowiedzenie, ale co zauważył Marek dopiero w firmie.
- Resztę już znasz – powiedziała na koniec Kubasińska.
- Nie wiedziałem – tylko tyle był w stanie powiedzieć Olszański. Najwyraźniej zrobiło mu się głupio. Sądził, że ta mało atrakcyjna kobieta, z biednego domu szukała bogatego mężczyzny aby móc lepiej żyć. Ale i tak nie mógł zrozumieć zachowania Marka. On nigdy nie był skory do bójki, a tu dla tej jednej gotowy był iść na wojnę z każdym.


Jeszcze w czasie pokazu liczyła, że może jednak Marek przyjedzie. Wchodziła na scenę z przyklejonym uśmiechem i tylko oczy zdradzały co dzieje się w jej wnętrzu, ale wszyscy sądzili, że to spowodowane jest przez zmęczenie. Do domu wróciła i niemal natychmiast zamknęła się we własnym pokoju. Przez pierwsze dni przepłakała wiele godzin, później już tylko chodziła smutna i nie miała ochoty na żadne rozmowy i spotkania ze znajomymi. Miesiąc później znalazła nową pracę jako tłumacz. Z czasem wynajęła niewielkie mieszkanie w swojej miejscowości, bo miała serdecznie dość wiecznego wysłuchiwania swojego ojca o tym jaka to ona była nierozsądna i nieodpowiedzialna. Józef uważał, że jej zachowanie skutkowało tym, że rozbiła czyjś związek i na nic były jej tłumaczenia, że Marek już od dawna nie kochał Pauliny.
- Tato, ale oni się nie kochali już od dawna. Ten związek nie istniał od wielu miesięcy zanim my zaczęliśmy się spotykać – próbowała tłumaczyć, ale do ojca nic nie docierało.
- Mam już dość tego wiecznego wysłuchiwania jaka to ja jestem. W najbliższym czasie mam zamiar wyprowadzić się z tego domu – wykrzyczała jednego razu, gdy kolejny raz usłyszała pretensje ojca.
Jej przeprowadzkę najbardziej przeżywała mała Beatka.
- Kochanie ja będę mieszkać niedaleko i zawsze możesz mnie odwiedzać. Jak tylko poprosisz tatę albo Jaśka to z pewnością przyprowadzą Cię do mnie. A jeśli nie mieli by czasu to zadzwonisz po mnie i ja przyjdę po ciebie.
Tuż przed przeprowadzką poprosiła jeszcze tylko ojca o jedną rzecz.
- Mam do ciebie tato jeszcze tylko jedną prośbę gdyby ktoś o mnie pytał to nie mów gdzie mieszkam - Józef zgodził się. 
Faktycznie z początku do jej rodzinnego domu przyjechał kilka razy Marek, ale i nie tylko. Sam Piotr Sosnowski bywał w Rysiowie. I o ile w stosunku do Marka Cieplak trzymał dystans tak już doktorka podczas jego wizyt zapraszał do środka.
- Zapraszam cię Piotr na kawę - mawiał ojciec Uli. 
CDN...

piątek, 9 sierpnia 2019

DEKADA miniaturka

Wrócił z lunchu i włączył komputer z zamiarem sprawdzenia poczty. Mimo upływu czasu on wciąż był przystojnym mężczyzną chociaż na głowie już można było dostrzec siwe nitki. Lecz dekada czasu to jedno. A drugie to smutek, żal i tęsknota. Jego oczy od dawna były smutne, a na twarzy też nie można było ujrzeć uśmiechu. Żal i tęsknota dodawały reszty. Żałował tego jak postąpił dziesięć lat temu i cholernie tęsknił za tą jedną jedyną, którą pokochał całym sobą. Nie potrafił pokochać innej. Każda przypominała mu Ulę. Jego sekretarkę później asystentkę, a na koniec dyrektor finansową firmy FD. W komputerze na pulpicie miał jej zdjęcie, na biurku stały dwie ramki z jej zdjęciami, w domu również miał jej zdjęcia. Jedno w sypialni, drugie w salonie. Ktoś patrząc na to z boku pomyślałby, że on ma na jej punkcie obsesję i tylko rodzina i przyjaciele wiedzieli jaka jest prawda. Mimo upływu czasu nie przestał jej kochać, chociaż ona odeszła i gdzieś wyjechała. Próbował dowiedzieć się gdzie ma szukać, lecz nikt nie chciał mu powiedzieć. Kilka razy dzwonił lecz ona nie odbierała, wysyłał SMS-y, które pozostały bez odpowiedzi. Po roku ustąpił. A dnia  kiedy odeszła nigdy nie zapomniał.

Wrócili ze SPA. Odwiózł ją do domu, a samemu pojechał do firmy. Ula dwie godziny później też tam była i to co usłyszała wbiło ją w podłogę. 
- Za dwa tygodnie ślub, za trzy dni zarząd, ostatniej rzeczy, której bym chciał to romans.
Widział jak jej oczy zaczęły robić się mokre. Ona odwróciła się i uciekła do swojego gabinetu. Do końca dnia nie wyszła z niego. Rozgoryczenie, rozczarowanie, żal to było to co w niej dominowało. Wróciła do domu i poinformowała rodzinę, że zwolniła się z pracy i chce wyjechać. Wybór był jak dla niej samej prosty i oczywisty. Następnego dnia wsiadła w pociąg i wyjechała do rodziny do Radomska. Zatrzymując się u swej babci od strony matki. Tam znalazła pracę. Myślała, że wszystko się  ułoży. Aż dwa miesiące później okazało się, że wyjazd z Markiem jest brzemienny w skutkach. Została samotną matką, ojciec odwrócił się od niej. Pomagała jej tylko babcia. Do Marka nie odezwała się ani razu. Z początku czuła się przez niego zraniona, a później najzwyczajniej myślała iż ożenił się z panną Febo i nie chciała wchodzić w ich życie. 

Te jego rozmyślania przerwało wejście Sebastiana Olszańskiego jego przyjaciela i dyrektora HR. 
- A może byś tak nauczył się pukać - rzucił z wyrzutem. 
- Pukałem, ale ty nie słyszałeś. Znowu się zadręczasz - usłyszał w odpowiedzi.
- Chciałeś coś? Bo mam trochę roboty - zapytał i chciał aby ten wyszedł i zostawił go w spokoju. Dzisiaj mija dokładnie dziesięć lat od kiedy Ula odeszła. 
- Mam i powinno cię ucieszyć - odparł i podszedł do biurka. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjął pendrive i podpiął do komputera i zanim uruchomił usłyszał.  
- Wiesz jakoś nie mam ochoty oglądać kolejnej modelki albo potencjalnej kandydatki na moją dziewczynę.
- Spokojnie to nie to. Wczoraj gdy odwiozłem Piotrusia do Violetty. Ta pokazała mi to - wyjaśnił
- A to wy rozmawiacie ze sobą - ni to zapytał ni to stwierdził
- Wiesz, że nam małżeństwo nie wyszło to jedno, ale jest Piotrek i dla niego próbujemy normalnie rozmawiać. A i przecież nadal pracujemy w jednej firmie. Lecz ja nie z tym do ciebie przyszedłem.
- Viola to nagrała wczoraj. Spójrz - powiedział i włączył filmik.
Marek nie rozumiał w czym rzecz. Na monitorze ujrzał małą dziewczynkę, która mogła mieć nie więcej jak dziewięć lat. 
- No i, co ja mam z tym wspólnego. Przecież to dziecko... 
- Ty jesteś ślepy czy udajesz? - przerwał mu Olszański
- A ty możesz jaśniej? - ta ich rozmowa zaczynała drażnić ich obu. Marka bo uważał, że przyjaciel zawraca mu głowę jakimiś bzdurami, a ten drugi bo miał wrażenie jakby Marek niczego nie rozumiał. 
- Oj Marek, coś z twoim myśleniem i kojarzeniem jest nie tak. Spójrz na nazwisko tej małej myślisz, że to zbieg okoliczności? - wskazał na napis u dołu monitora Małgosia Cieplak, lat dziewięć - A teraz przyjrzyj się dokładnie – rzekł zrobił stop klatka i powiększył zdjęcie tak aby było widać twarz dziewczynki. 
Błękitne oczy, kilka piegów, dołeczki w policzkach i te kruczoczarne włosy. Widać było, że Małgosia Cieplak odziedziczyła po nich to wszystko co najlepsze. 
I im dłużej się przyglądał widział to podobieństwo.
- Seba czy to może być prawda? Czyżby to była córka moja i Uli? - zaczął zadawać pytania.
- Jestem o tym przekonany. Jak dla mnie zbyt dużo podobieństw aby mogło być inaczej.
- A skąd Viola to ma?
- Oglądała jakiś program w tv, a już wiem coś o pomocy. Chodziło, że ta mała prosi o pomoc dla swojej chorej matki. Mówiła, że potrzebna jest pomoc w zbiórce pieniędzy na specjalną operację oczu. Mama tej dziewczynki podobno traci wzrok w jednym oku. A koszt operacji to kilka tysięcy złotych. Fakt to nie dużo, ale one ponoć ledwo wiążą koniec z końcem.
- To wszystko ładne i piękne, ale ja nie mam pojęcia gdzie one przebywają.
Po tych słowach Sebastian wyciągnął z kieszeni małą karteczkę z zapisanym adresem i podał przyjacielowi. 
- Masz Violka dzisiaj skontaktowała się z redakcją i poprosiła o adres mówiąc coś o osobistej chęci im pomocy, a ci uwierzyli i bez problemu podali - Marek odebrał ją od niego i przeczytał adres.

Następnego dnia wcześnie rano wsiadł do auta nastawił GPS i ruszył w kierunku być może wybaczenia i życia z ukochaną. Całą drogę zastanawiał się co jej powie, co powie swojej córce, a przede wszystkim jak one go przyjmą. Po niemalże dwóch godzinach jazdy dotarł do celu. Wjechał w osiedle domków jednorodzinnych i wysiadając pod domem z numerem piątym ujrzał na podwórzu dziewczynkę. Tę samą co na zdjęciu. Podszedł do furtki.
- Dzień dobry. Czy tu mieszka pani Urszula Cieplak? - odezwał się do małej 
- Dzień dobry panu. Tak to moja mamusia - odpowiedziała tak podobnym głosem do Uli. 
- A możesz ją poprosić.
- Nie ma jej teraz, ale jest babcia - odpowiedziała i pobiegła do domu. 
Po chwili ujrzał starszą kobietę zmierzającą w kierunku furtki.
- Dzień dobry pani - odezwał się, gdy staruszka podeszła i otworzyła furtkę i  ucałował jej dłoń 
- Dzień dobry panu. Pan do Uli? 
- Tak, nazywam się Marek Dobrzański...
- W takim razie zapraszam do środka. Ula musiała iść do lekarza, ale zaraz powinna wrócić - przerwała mu. Z chwilą jak podał imię i nazwisko kobieta nie potrzebowała więcej tłumaczeń. 
Obawiała się owszem, że wnuczka może mieć jej za złe. Ale widziała jak ta cierpi z miłości. Upłynęło już tyle czasu, a jednak widziała w oczach swej wnuczki smutek, żal, rozpacz i tęsknotę.   Nie minęło wiele czasu gdy do kuchni weszła Ula. Widok jaki zastała wbił ją w ziemię, tak jak te kilka lat temu gdy ujrzała go po raz pierwszy. Marek odwrócił się w stronę drzwi, gdy tylko ją usłyszał. Wstał z krzesełka i tak jakby mu włączono zwolnione obroty podchodził do niej. 
- Ula - wyszeptały jego usta
- Co ty tu robisz? - odezwała się 
- Chciałem porozmawiać i wiele wyjaśnić jeśli tylko mi pozwolisz - mówił, a oczy prosiły.  Nie one nie prosiły, a raczej błagały o jej przychylność. 
- Dobrze chodźmy do mojego pokoju - odezwała się. 
- Ula, wiem jak bardzo mogłaś się poczuć zraniona...
- Marek, a jak miałam się poczuć skoro kilka godzin wcześniej mówiłeś jedno aby później wyprzeć się romansu ze mną - weszła mu w słowo
- Ula ja nie wyparłem się ciebie. To nie tak. Paulinie powiedziałem prawdę. Nie miałem romansu, bo nie można nazwać romansem chęci spędzenia z kimś reszty całego życia. Chęci iść razem ramię w ramię. Pokochałem cię całym sobą Ula. A romans to chwilowy poryw serca, nie to przy tobie czułem. To nie chwilowe zauroczenie, tylko ckliwe i piękne uczucie. Uczucie, którego nie wyparłem się ani razu przez cały ten czas. Paulinie nie przyznałem się co czuję do ciebie aby zdobyć dodatkowy głos na zarządzie. Teraz wiem, że to było egoistyczne  i podłe z mojej strony, ale wówczas wydawało mi się to najlepszym rozwiązaniem. Dzisiaj już wiem, że nie. Lecz gdy tylko odeszłaś wszystko straciło sens. Bo po co mi to wszystko, jeśli nie mam z kim tego dzielić. Przez te wszystkie lata nawet nie spojrzałem na inną. Wszędzie widziałem tylko ciebie. Zasypiałem i budziłem się z widokiem twoich oczu. 
I gdy wczoraj Sebastian przyniósł mi nagranie z tego reportażu nie zastanawiałem się ani chwili. Poprosiłem go o zastępstwo i musiałem przyjechać. Przestało liczyć się wszystko. Z resztą bez ciebie obok nic się nie liczy. 
Na kilka chwil zapadła cisza, którą przerwało wejście Małgosi. 
- Ula czy ona wie? - odezwał się Marek 
Ula nie wiedziała co powiedzieć. Kiedy Małgosia miała około pięciu lat Ula opowiedziała jej o Marku. Powiedziała jak ma na imię i na pewno ją kocha, ale mieszka i pracuje daleko dlatego nie mieszka wraz z nimi. 
- Wie, że jej tata mieszka daleko - odpowiedziała.
Marek pokiwał tylko głową. 
- Dlaczego mi nie powiedziałaś, że jesteś w ciąży. Przecież przyjechałbym i był przy tobie - mówił
- Gdy dowiedziałam się o ciąży myślałam, że jesteś z Pauliną i nie chciałam rozbijać waszego związku. 
- Ula tego związku przecież już od dawna nie było i ty o tym wiedziałaś. 
Małgosia podeszła do Uli i przytuliła się. 
- Mamusiu czy ten pan pomoże ci wyzdrowieć?  - zapytała dziewczynka
- Kochanie muszę ci coś powiedzieć. Ten pan to twój tata - mała patrzyła to na Ulę to na Marka.
- Małgosiu, twoja mama mówi prawdę. Jestem twoim tatą.  Wiem, że nie było mnie przy was przez tyle lat. Ale jeśli wraz z mamą mi pozwolicie to będę już z wami od teraz zawsze. A odpowiadając na twoje pytanie to tak pomogę mamusi wyzdrowieć - wyjaśnił Marek kucając przy niej.
Ta odwróciła twarz w stronę matki i niemym pytaniem czekała na odpowiedź i potwierdzenie jego słów. 
- Małgosiu czy możesz nas zostawić samych. Chciałabym jeszcze porozmawiać z tatą - poprosiła córkę.
Po jej wyjściu znów zapadła cisza. Każde z nich zastanawiało się co dalej. On pragnął aby Ula mu wybaczyła i mógł być ojcem dla tej małej dziewczynki. Ona sama nie wiedziała co zrobić. 
- Ula proszę powiedz coś - odezwał się po chwili. Lecz widząc brak jakiejkolwiek reakcji z jej strony uznał, że nic tu po nim. Powiedział jej wszystko. Przyznał co do niej czuje. Nic więcej nie mógł zrobić. Położył tylko na stole białą kopertę z kwotą potrzebną na zabieg i chciał wyjść, gdy zatrzymał go jej głos.
- Marek, zaczekaj. To nie tak. Ja po prostu nie wiem co mam myśleć, w mojej głowie jest jeden wielki mętlik. Potrzebuje czasu, aby to wszystko sobie przemyśleć.
- Rozumiem, dam ci tyle czasu ile będziesz potrzebować - usłyszała w odpowiedzi. I po chwili została sama w pokoju. Z nawałem myśli. Myśli, które nie dawały jej spokoju. Słyszała jeszcze jak Marek bawił się z Małgosią. Niespełna godzinę później do pokoju wpadła zapłakana córeczka i rzekła ze skargą w głosie.
- Tatuś wyjechał. Dlaczego mu pozwoliłaś wyjechać?
- Kochanie to nie tak. Tata wyjechał, ale na pewno jeszcze do nas przyjedzie. Tata mieszka i pracuje w Warszawie. I to dlatego musiał wyjechać. Jeśli chcesz to wieczorem zadzwonimy do taty i będziesz mogła z nim porozmawiać. Obiecuję - tymi słowami uspokoiła córkę. Ale nie siebie. 
Nie miała pojęcia co zrobić, jak postąpić. On wracał do Warszawy, ale miał cichą nadzieję na odzyskanie jej miłości. 
Wieczorem siedział w salonie i  wpatrywał się w zdjęcie Uli  gładząc opuszkami palców jej uśmiechniętą twarz. Tak bardzo pragnął aby znów móc ujrzeć ten cudowny uśmiech i być zawsze przy niej i tej małej dziewczynce. Z tych rozmyślań wyrwał go dźwięk telefonu. Gdy ujrzał na wyświetlaczu kto dzwoni twarz jego rozjaśnił uśmiech. Odebrał natychmiast.
- Witaj Ula - odezwał się, chociaż chciał użyć innego sformułowania niż imię. 
- Dobry wieczór, dzwonię bo obiecałam to Małgosi, ale i sama chciałam jeszcze porozmawiać - usłyszał.
Najpierw porozmawiał z córką i zapewnił, że jeśli mama nie będzie mieć nic przeciwko to odwiedzi je w sobotę i zostanie do niedzieli. Dziewczynka bardzo się ucieszyła. Później jeszcze rozmawiał z Ulą. 
- Chciałam ci bardzo podziękować za pieniądze na ten zabieg. Oddam jak tylko wrócę do zdrowia i zacznę pracować. A co do twojego przyjazdu nie ma problemu, możesz przyjechać nawet w piątek popołudniu.
- Dziękuję Ula, a co do pieniędzy to ja nie chcę abyś je zwracała. Najważniejsze abyś była zdrowa i to się liczy. Przyjadę w piątek lecz zanim do was przyjadę muszę zarezerwować jakiś hotel. 
- Nie rezerwuj, możesz zatrzymać się u nas.
Po tej rozmowie miał niejasne przeczucie, że jeszcze nie wszystko stracone. 
Trzy dni później znów pokonywał tą samą trasę. Cieszył się z tej wizyty. Na tylnym siedzeniu leżał pluszowy misiek i dwa bukiety kwiatów. 
Ula w ciągu tych kilku dni miała dużo czasu na przemyślenia. A i rozmowy z babcią również pomogły. W sobotnie popołudnie całą trójką wybrali się na spacer. 
Przez chwilę szli obok siebie, każde cieszyło się z tego. Aż w pewnym momencie Marek poczuł jak Ula wsuwa swoją rękę pod jego ramię. Na jego twarzy wykwitł uśmiech. Nie potrzebowali słów oraz żadnych tłumaczeń czy wyjaśnień. Każde z nich poczuło ulgę. Spacerkiem dotarli do parku gdzie był staw, w którym pluskały się pstrokate kaczki. Ula wyciągnęła kawałki bułki i wręczyła córce.
- Proszę kochanie możesz iść nakarmić ptaszki.
Marek objął Ulę w pasie przyglądając się poczynaniom swojej córki. W końcu odważył się i wyszeptał wprost do jej ucha.
- Kocham cię, i nigdy nie przestałem 
- Kocham cię - usłyszał w odpowiedzi. Jego serce skakało z radości. Był najszczęśliwszym facetem na świecie. Odzyskał wreszcie swą ukochaną. 
Wieczorem siedząc przy kuchennym stole rozmawiali z babcią informując o podjętej przez Ulę decyzji.
- Babciu postanowiłam, że wrócimy wraz z Markiem do Warszawy. 
Kobieta nie była zdziwiona takim obrotem spraw. Widziała miłość bijącą od każdego z nich. A Małgosia nie odstępowała Marka na krok. I tak cała trójka w niedzielny wieczór była już w Warszawie. 

Od tego dnia minął rok. Ula przeszła udany zabieg, przyjęła Markowe oświadczyny, a Małgosia zawojowała dziadków Dobrzańskich. Pan Cieplak nadal nie mógł wybaczyć córce tego co zrobiła. Marek był wsparciem dla swej ukochanej w każdej chwili. Pojechali jednego dnia nawet do Rysiowa aby zaprosić jej rodzinę na ślub. Oboje czuli, że nie są mile widziani. Ula bardzo to przeżyła. Marek starał się przekonać Józefa odwiedzając go ponownie kilka dni po ich wspólnej wizycie. Na nic zdały się jego wyjaśnienia i prośby aby przyjechał na ich ślub. Pan Cieplak był głuchy na słowa Marka. 

Pobrali się w pierwszą sobotę września. Ula wróciła do pracy w FD. Doczekali się kolejnego potomka. Szymon przyszedł na świat dokładnie w dwunaste urodziny Małgosi i był wierną kopią swojego taty. Marek szalał z radości. 
Wreszcie ich życie wkroczyło na właściwe tory.  Marek znów chodził uśmiechnięty. Ula i dzieci były tym czego pragnął. Również Ula odzyskała spokój. Marek wobec córki zachowywał się tak jakby chciał nadrobić te wszystkie lata nieobecności przy niej. 
W końcu udało się im stworzyć szczęśliwą, kochającą rodzinę. 
KONIEC

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

MOJE WSZYSTKO I NIC część XX

KOCHANI WYJĄTKOWO DZISIAJ WSTAWIAM OSTATNIĄ CZĘŚĆ TEGO OPOWIADANIA. TO TAKA MOJA NIESPODZIANKA DLA WAS. A OD PIĄTKU WRACAM Z OPOWIADANIAMI O "BRZYDULI".
MIŁEJ LEKTURY ŻYCZĘ. 

- Łukasz co się stało? - spytała Bożena chwilę po tym jak weszła do domu, widząc minę męża.
- Dzwonił Stefan. Dziadek w ciężkim stanie jest w szpitalu – usłyszała w odpowiedzi.
- Ale co się stało? - dopytywała
- Nie wiem – odpowiedział jej mąż.
Bożena aż przysiadła z wrażenia. Widziała załamanie męża.
- Łukasz może pojedziemy do szpitala? Tam będzie Stefan może powie nam coś więcej.
- A co z Michałem? - pytał ją mąż, chociaż widać było, że chciałby tam pojechać.
Ta nie zastanawiając się nad niczym chwyciła za telefon i zadzwoniła do Doroty. Po wyjaśnieniu koleżance w czym rzecz poprosiła o możliwość zaopiekowania się Michałem. Ta bez słowa się zgodziła. 
 
Będąc już w szpitalu Bożena wręcz przeżyła szok. To co zobaczyła spowodowało, że nie wiedziała czy łzy, które pojawiły się w jej oczach to z powodu widoku dziadka w takim stanie czy z tego jak zachowywała się jej teściowa, a córka dziadka.
Bożena przez wszystkie lata od kiedy zaczęła być z Łukaszem słyszała jaki to ten dziadek był zły, że to tyran, alkoholik i Bóg wie kto jeszcze. Kiedy okazało się, że dziadek zmienił adres i młodzi chcieli go odwiedzić ta mówiła, że skoro ten sam nie szuka z nimi kontaktu to nie ma powodu aby oni mieli go odwiedzać. A teraz gdy ten leży w ciężkim stanie po przejściu zawału ta pochylając się szlochała i powtarza.
- Tatusiu nie umieraj, nie zostawiaj nas.
Od tego dnia minęło zaledwie kilka dni, gdy dotarła do nich wiadomość, że dziadek nie żyje. Łukasz bardzo przeżył tę śmierć, bo mimo iż nie miał z nim większego kontaktu był bardzo zżyty.
A matka Łukasza kolejny raz odstawiła przedstawienie, ale to już w dniu pogrzebu. Bożena później mówiła do męża, że jego matka mogłaby pracować w zawodzie płaczki podczas takich ceremonii.
- To co odstawiła twoja matka przechodzi ludzkie pojęcie. Jak można być taką hipokrytką. Wiecznie słyszałam jaki to dziadek był zły, a później jak przyszło co do czego ona jako jedyna odstawia taki teatrzyk na pogrzebie. Przecież skoro kogoś nie lubię albo jestem zła to tak jest do końca. Stale wieszała na dziadku psy, w sądzie zeznawała przeciwko jemu, a teraz udaje wielce kochającą córkę.
Łukasz przyznawał żonie rację, bo sam nie rozumiał tego zachowania matki. Od dziecka mu wmawiała jakim złym człowiekiem jest jego dziadek. Z resztą tak samo wpajała mu o jego biologicznym ojcu. I o ile nie udało się jej zrazić do końca syna do dziadka, tak już nienawiść do ojca udało się wbić do głowy syna.
Dwa miesiące później Stefan brat teściowej Bożeny pozbył się części spadku po dziadku jaki otrzymał i podzielił te pieniądze między troje wnucząt. W ten oto sposób Łukasz miał otrzymać jakieś cztery tysiące złotych tak jak i pozostała dwójka. I wszystko było by fajnie gdyby nie to, że pieniądze trafiły nie do rąk Łukasza tylko do jego matki. Wuj tłumaczył się tym, że ich nie było i poprosił matkę Łukasza aby im je przekazała. I wtedy przeżyli szok. Ta powiedziała, że dostaną pieniądze jeśli powiedzą na co i ile potrzebują. Bożena nie wierzyła własnym uszom. Ta kobieta kolejny raz próbowała decydować za nich, ale Bożena zacisnęła tylko zęby to samo zrobił Łukasz. Doskonale wiedzieli oboje, że kłótnią nic nie wskórają, a i tak udało im się odzyskać te pieniądze. Ten zastrzyk gotówki pozwolił im na wymianę mebli. Kupili wówczas nowe meble do pokoju włącznie z nowym łóżkiem, w kuchni wymienili segment oraz część mebli syna.
Od śmierci dziadka minął jakiś rok, gdy Bożena usłyszała z ust teściowej słowa, które cięły jak ostrze.
- Jesteś złodziejką. Ukradłaś mi syna, pieniądze oraz spadek po moim ojcu.
- O czym mama mówi – pytała z niedowierzaniem w głosie Bożena.
- Gdyby Łukasz się z tobą nie ożenił wciąż by mieszkał ze mną. A ja bym miała jego rentę oraz pieniądze po śmierci ojca – wypluwała słowa niczym kobra swój jad. Dla Bożeny tego było za wiele wstała z kanapy i zabierając syna opuściła mieszkanie teściowej Łukasz uczynił to samo.
Oboje byli w szoku, nie umieli zrozumieć zachowania tej kobiety.

Z początkiem dwa tysiące piętnastego roku Bożena poszła również do pracy. Cieszyła się z tego. Dzięki temu ich życie mogło zacząć się zmieniać, ale jak się okazało pół roku później Łukasz stracił pracę. Bożena znów była załamana tym wszystkim. Ponownie w ich małżeństwo wkradła się nerwowość i kłótnie.
- Ciekawe po czym jesteś taka zmęczona? Idziesz do roboty na osiem godzin ja chodziłem na dwanaście a ostatnio nawet na szesnaście – mówił do żony jednego razu po nocnej zmianie gdy ta była zmęczona, a była to jej piąta nocka.
- Mam nadzieję, że kiedyś pójdziesz do pracy na produkcję, a wówczas porozmawiamy – nawet nie sądziła jak szybko jej słowa się spełnią.
Kilka miesięcy później Łukasz również przyjął się do pracy na produkcji w tym samym zakładzie co jego żona. A los sprawił, że pierwszy tydzień pracowali na tę samą zmianę i to w dodatku na nocną. Tylko nie na tej samej hali. Gdy we wtorek rano zakładowy bus podjechał pod drugą halę aby zabrać pracowników Bożena nie poznała własnego męża. Wyglądał tak jakby nie przepracował jednej nocki, ale przynajmniej sześć. Będąc już w domu usłyszała.
- Miśka chciałem bardzo cię przeprosić. Jestem pełen podziwu dla ciebie. Ty po pięciu nie wyglądasz tak jak ja po jednej – mówił ze skruchą w głosie. Bożena nie odezwała się słowem, ale pomyślała sobie.
- No proszę wystarczyła jedna nocka, aby zmienił zdanie.
Przez kolejne dwa lata wspólnie pracowali w tym samym zakładzie, ale na różnych zmianach. Lecz Łukasz nie mógł się przyzwyczaić do nocnej zmiany i po każdej takie dniówce spał prawie całe dnie, a Bożena tylko do południa.
Od dnia gdy zaczęli oboje pracować w ich domu zapanował spokój. Faktem było, że mieli problemy finansowe bo przez niemal sześć lat ledwo wiązali koniec z końcem, przez to powstały zaległości finansowe, ale mimo tego było jakoś spokojniej. Oboje widzieli poprawę w ich relacjach. Aczkolwiek Bożena wciąż nie do końca pozbyła się stanów depresyjnych, wówczas z pomocą przyszła znajoma.
- Bożena a może byś zaczęła pisać takie opowiadania – zaproponowała jej koleżanka, po tym jak ta kolejny raz opowiadała jej o jakimś opowiadaniu w internecie.
- No coś ty. Ja i pisanie to nie wchodzi w rachubę. W szkole nie umiałam nawet napisać dobrze wypracowania – tłumaczyła się.
- Spróbować zawsze możesz – przekonywała znajoma.
- No nie wiem. Zapewne te blogi są płatne – próbowała szukać wymówki Bożena.
- Jak nie sprawdzisz to się nie dowiesz – tłumaczyła jej koleżanka.
Po kolejnej takie rozmowie Bożena w końcu przełamała się i tak dwudziestego piątego listopada dwa tysiące szesnastego roku powstał pierwszy wpis. Z początku nic się tam nie działo, żadnych komentarzy, prawie nikt nie wchodził.
- Poczekam jeszcze trochę, może z czasem będzie lepiej – pomyślała.
Faktycznie tak też się stało. Po upływie dwóch tygodni pojawił się pierwszy komentarz, dla niej było to tylko motywacją aby pisać dalej.
W dwa tysiące siedemnastym roku przeprowadzili się do większego mieszkania, co bardzo nie spodobało się teściowej Bożeny.
- Po co wam takie wielkie mieszkanie? - pytała.
- Bo mieliśmy dość tej klitki. Dodatkowo Michał jest coraz starszy i potrzebuje swojego własnego kąta, a nie wiecznego mieszkania w kuchni – tłumaczyli jej oboje.
- Łukasz zajmował połowę kuchni i jakoś nie narzekał – próbowała przekonywać.
- Nie miałem wyjścia – odparł matce, co rzecz jasna bardzo jej się nie spodobało.
Fakt to mieszkanie było ogromne w porównaniu do tego poprzedniego. Duża kuchnia, cztery pokoje, dwie łazienki i ogródek. A opłaty nie takie wysokie w porównaniu do tej kawalerki gdzie mieszkali. Lecz teściowa przez dłuższy jeszcze czas wyrażała swoje nie zadowolenie z tego co zrobili. Potrafiła nawet pokłócić się z nimi o to mieszkanie w Święta Bożego Narodzenia. Rzecz jasna najbardziej oberwało się Bożenie. Twierdziła bowiem, że Łukasz robi wszystko to co ona chce i jak ona mówi.
Jak się okazało ta przeprowadzka była im potrzebna. Nagle jakby ręką odjął znikło napięcie a w ich życie wkradł się spokój, ustały kłótnie, jakieś sprzeczki, zniknął niepokój. I mimo, że kłopoty finansowe wciąż były, oni byli tacy jak na początku ich związku. Oboje pracują, Bożena pisze wciąż bloga, ale teraz jest to jej pasja, Łukasz zmienił pracę.

Był wtorek piąty lutego dwa tysiące dziewiętnastego roku godzina szesnasta z minutami. Ta data i godzina chyba już na zawsze wryła się w pamięć Bożeny. Tego dnia ona była w pracy na popołudniową zmianę. Stała przy jednej z maszyn, gdy usłyszała dźwięk przychodzącej wiadomości na Messengera
- Bożena kiedy pogrzeb wujka? – odczytała i nie miała pojęcia o co chodzi. Ta wiadomość była od jej kuzynki z Radomska. Pomyślała, że chodzi o męża siostry jej ojca. Za chwilę kuzynka dzwoniła.
- Dziewczyny ja na chwilę schodzę – poinformowała koleżanki i poszła oddzwonić.
- Bożena, kiedy pogrzeb twojego taty? - usłyszała płaczliwy głos kuzynki.
- O czym ty do mnie mówisz? - mówiła zdziwiona Bożena.
- Dzwoniła ciocia i mówiła, że twój tata wczoraj umarł – usłyszała.
- Ja o niczym nie wiem. Posłuchaj ja zaraz zadzwonię do mamy i dowiem się wszystkiego – odpowiedziała kuzynce, pożegnała się z nią. Kilka razy próbowała się dodzwonić do matki, ale bezskutecznie.
- Sylwia? - podeszła do jednej z dziewczyn – chyba zmarł mój ojciec – rzekła.
- Jak to chyba? - pytała brygadzistka.
Bożena wyjaśniła jej o co chodzi. Obie weszły do toalety aby próbować dodzwonić się do matki Bożeny.
- Mamo podobno tata nie żyje? - pytała matki, gdy tylko udało się do niej dodzwonić.
- Podobno tak. Mają mu robić sekcję zwłok – usłyszała odpowiedz
- A nie mogłaś do mnie zadzwonić, ty cholerna alkoholiczko? - Bożena krzyczała do słuchawki na matkę. Jej głos mówił, że ta jest pijana.
- No przecież dzwonię – odpowiedziała jej matka.
Po tym zaraz poszła wraz z Sylwią do kierowniczki z informacją co się wydarzyło, a ta natychmiast kazała wypisać zwolnienie w tym dniu z pracy i jechać do domu.
W tym czasie okazało się, że matka zasłabła na ulicy i ktoś musi ją zabrać z karetki, bo ta nie chce iść do szpitala. Bożena prosto z pracy pojechała ją odebrać i odstawiła do domu. Następnego dnia wraz z Łukaszem zaczęli załatwiać sprawy związane z pogrzebem ojca. Pod wieczór przyjechał Przemek wraz z dziewczyną, który od sześciu lat mieszka pod Poznaniem.
- Siostra czy coś zostanie z zasiłku po tacie? - Bożena spojrzała na brata i nie mogła uwierzyć w to co on mówi.
- Żartujesz? Jeszcze trzeba dopłacić pięćset złotych i to ty to zrobisz – oznajmiła bratu.
- Ale ja nie mam teraz tyle pieniędzy – usłyszała.
- Mam to gdzieś albo się dokładasz, albo go nie pochowamy – postawiła sprawę jasno.
W czwartek znali już datę pogrzebu miał się odbyć ósmego lutego. Również w czwartek miała sprzeczkę z dziewczyną brata.
- Powinnaś bardziej zainteresować się rodzicami. I przynajmniej raz w tygodniu do nich zajrzeć – usłyszała.
– Posłuchaj mnie uważnie, bo powiem to tylko raz. Nie wiesz jak było w naszej rodzinie.
- Trochę wiem, bo Przemek mi opowiadał - przerwała Bożenie
- Już widzę jak on opowiedział ci wszystko. Nigdy nie poznałaś mojego ojca, matkę widzisz po raz pierwszy. Więc nie wpieprzaj się. Oni oprócz mnie mają jeszcze syna.
- No tak, ale wiesz, że mieszkamy pięć godzin drogi stąd – weszła jej ponownie w słowo
- I co to ma do znaczenia. Przez sześć lat nie dzwonił, nie pisał ani nie przyjeżdżał. Więc się nie wpieprzaj mówię to po raz kolejny – Bożena była wściekła, jak ta małolata może jej mówić jak ma postępować z własnymi rodzicami.
W przeddzień pogrzebu poinformowała brata oraz siostrę ojca mieszkającą również w Sosnowcu, że ona nie organizuje stypy, bo nie ma już pieniędzy.
- Przecież masz duże mieszkanie – padło z ust ciotki.
- I co to ma za znaczenie? Powiedziałam, że nie robię i już – odparła. Na to ciotka rzekła.
- W taki razie ja swoich zabieram do siebie po pogrzebie - usłyszała od ciotki i poczuła się tak jakby dostała w twarz.
Na cmentarzu, gdy odprowadzali prochy ojca na grób chwyciła matkę pod ramię, a ta tylko rzekła.
- Spierdalaj chcę iść z Przemkiem – Bożena tylko zacisnęła zęby i odeszła.
Po wszystkim ciotka zabrała rodzinę ze strony ojca i pojechała z nimi do siebie do domu. Bożena wraz pozostałą częścią rodziny pojechali najpierw do domu matki, ze względu na ojca Agaty, a następnie Bożena zabrała ich do siebie, matka nie chciała nigdzie iść.
Przemek wraz z dziewczyną opuścili dom matki jako pierwsi mówiąc, że on przyjedzie za miesiąc. A teraz muszą już jechać bo został wezwany do pracy. W te jego tłumaczenia jakoś nie uwierzyli Bożena z Łukaszem, ale woleli to przemilczeć.
Bożena umówiła się z matką, że przyjedzie do niej za dwa dni z obiadem. Ale następnego dnia Bożena odebrała telefon od ciotki, czy ta nie wie gdzie jest Agata.
- Bożena jesteśmy pod ich domem, ale nikt nie odbiera telefonu i nie otwiera drzwi.
- Mamy u nas nie ma. Może poszła gdzieś na zakupy albo na cmentarz.
Ale ciotka twierdziła, iż umawiała się z matką, że przyjedzie do niej.
Po półgodzinie Bożena wraz z Łukaszem zjawiła się pod domem matki. Pięć minut później już dzwoniła na straż pożarną z informacją, że nie wie co się stało z matką i wyjaśniła co działo się w ostatnich dniach.
Po kilku minutach przyjechała straż oraz pogotowie i czekali jeszcze na policję. Po przyjechaniu tych ostatnich i wyjaśnieniu wszystkiego postanowiono, że straż za zgodą Bożeny będzie próbowała otworzyć okno i gdy tylko to uczyniono wszedł na okno policjant i poinformował, że matka Bożeny leży na łóżku i wygląda na martwą, ale nie jest wstanie wejść do środka ze względu na psa.
- Proszę mi pomóc wejść – zwróciła się Bożena do funkcjonariusza – ja wypuszczę psa na zewnątrz.
Strażak podniósł Bożenę a policjant za rękę podciągał ją do góry, gdy zaczepiła ją ciotka i rzekła.
- Bożena pilnuj w piątek piętnastego listonosza, bo matka była mi winna sto złotych – Bożena oraz ci dwaj mężczyźni byli w szoku, ale żaden nie odezwał się.
Faktycznie Agata była martwa, ale po zdanym raporcie przez policjantów prokurator odstąpił od czynności w postaci sekcji zwłok. Okna i drzwi były zamknięte od wewnątrz. Pogrzeb matki odbył się trzynastego lutego.
Ale oczywiście teściowa Bożeny nie była by sobą, gdyby nie wtrąciła się.
W poniedziałek zadzwoniła popołudniu i kazała Bożenie, Łukaszowi, Michałowi oraz bratu Bożeny po pogrzebie poczekać, bo ma im coś do powiedzenia. Bożena poinformowała o tym brata we wtorek.
- Powiedz jej, żeby się nie wtrącała. To byli nasi rodzice, pochowajmy mamę i miejmy już to z głowy – poinformował ją. Takiego samego zdania byli również Bożena z Łukaszem.
- Mamo, Przemek powiedział aby mama się nie wtrącała i dała spokój. My również z Łukaszem tak myślimy – poinformowała ją Bożena dzień przed pogrzebem.
- Ty kurwo wiecznie się wtrącasz w sprawy moje i mojego dziecka – zaczęła Bożenę wyzywać teściowa.
- Jak mamie nie pasuje to może mama nie przychodzić na pogrzeb – rzuciła Bożena i rozłączyła się po czym zadzwoniła do męża i opowiedziała o przebiegu rozmowy z jego matką.

Po pogrzebie Bożena poczuła jakąś dziwną ulgę na sercu.
- Wiesz Łukasz to jest dziwne – mówiła następnego dnia po pogrzebie.
- Ale co jest dziwne? - nie rozumiał co żona ma na myśli.
- Zobacz zamarł ojciec zaraz po nim matka, a ja nawet łzy nie uroniłam, wręcz przeciwnie odetchnęłam z ulgą. Ja chyba nie mam uczuć – wyjaśniła mężowi.
- To nie tak miśka. Oni sami sprawili, że tak postępowałaś wobec nich. Dodatkowy oni się ciebie wyparli. Po pierwsze mówiła ci o tym ta ich sąsiadka gdy czekałaś na samochód z zakładu pogrzebowego a dwa oni wyrzucili wszystkie twoje zdjęcia.
Ta wypowiedź męża przywróciła wspomnienia z tej soboty, gdy czekała na karawan.
- Dobry wieczór. Kim pani jest i co tu robi? - usłyszała głos starszej kobiety kiedy stała przed wejściem do domu rodziców i czekała na karawan.
- Dobry wieczór. Jestem córką Zygmunta i Agaty. Właśnie czekam na samochód z zakładu pogrzebowego. Bo mama zmarła - odparła kobiecie.
- Ale oni nie mieli córki tylko syna - usłyszała.
- Skąd pani ma takie informacje? - dopytywała sąsiadki.
- Widziałam w pokoju na półce zdjęcie młodego mężczyzny oraz małego chłopca. I oboje zawsze wspominali o synu, a o córce nigdy  - odparła.
- Ten mężczyzna to mój brat, a ich syn, natomiast chłopiec jest moim synem - odpowiedziała.
- A gdzie jest Zygmunt? - padło kolejne pytanie z ust starszej kobiety.
- Przecież wczoraj był jego pogrzeb - odpowiedziała Bożena.
- Jaki pogrzeb. My o niczym nie wiedzieliśmy - odparła ta druga.
- Przecież mój brat wraz z dziewczyną mieli zająć się rozwieszeniem klepsydr - oznajmiła Bożena. 
Kobieta w końcu poszła do domu, a Bożena została sama. 
To był pierwszy szok jaki przeżyła, a drugi nastąpił w następnych dniach, gdy opróżniając mieszkanie z rzeczy po rodzicach nigdzie nie natknęli się na zdjęcia Bożeny były tylko te przedstawiające samego Przemka i ich samych.

Od śmierci rodziców Bożena nie pokazała się na cmentarzu ani razu a to już pół roku. Wie tylko, że Przemek miał stawiać im pomnik, ale czy tak się stało nie wie. Ona nie czuje takiej potrzeby. 
Kiedyś powiedziała do swojego męża, że teraz już jedynie co ją łączy z tą rodziną to tylko nazwisko panieńskie. Z resztą od pogrzebu matki nikt nawet nie zadzwonił ani od strony ojca, ani od strony matki. Wygląda to tak jakby całkowicie przestała dla nich istnieć. Nawet Przemek nie kontaktuje się z siostrą. Z początku było jej ciężko, ale teraz jest znacznie lepiej. Łukasz się całkiem zmienił, nawet przeprosił za swoje zachowanie i jest dla niej dużym wsparciem. Michał ma już piętnaście lat i dostał się do szkoły średniej.
KONIEC.

piątek, 2 sierpnia 2019

MOJE WSZYSTKO I NIC część XIX

- Bożena? - usłyszała swoje imię stojąc przy maszynie. Odwróciła się i ujrzała przed sobą jednego z brygadzistów.
- Co – odezwała się niezbyt przyjemnym tonem, ale ten facet od zawsze działał jej na nerwy.
- Mam coś dla ciebie – mówił wręczając jej jakieś pismo. Bożena odebrała je i zaczęła czytać, a z każdym kolejnym przeczytanym słowem wyraz jej twarzy wyrażał szok i nie dowierzanie.
- To są jakieś żarty? - odezwała się po chwili, a jej oczy wypełniły się łzami.
- Nie, to nie żarty – usłyszała w odpowiedzi.
Natychmiast z tym pismem udała się do kierownika.
- Czy może mi pan to wyjaśnić? - pytała swojego przełożonego pokazując mu to co otrzymała od brygadzisty.
- A na co to pani wygląda? - zapytał, aby natychmiast odpowiedzieć jej samemu – To pani wypowiedzenie, ostatnio była pani kolejny raz na zwolnieniu lekarskim i to przez ponad miesiąc.
- To było moje drugie zwolnienie lekarskie od kiedy tu pracuję, a na pana zmianie pierwsze. Doskonale pan wie, że to zwolnienie było wynikiem wypadku podczas wykonywania pracy na zakładzie – próbowała się bronić i w ten sposób przypomnieć mu co było tego powodem.
- Masz na to jakieś dowody albo świadków? - odparł wyniosłym i pewnym siebie głosem.
Bożena była w szoku. Pracowała w tym zakładzie przez dwa lata, ale u tego kierownika przez kilka miesięcy. Do tej pory na chorobowym była tylko dwa razy. Pracowała solidnie i nigdy nie narzekała. To ostatnie zwolnienie było wynikiem urazu jakiego doznała w pracy, ale tak jak mówił kierownik nie miała na to żadnych dowodów, a nikt z pracowników nie stanie po jej stronie. Wszyscy bali się tego człowieka. Ten facet na początku roku od tak zwolnił dziesięć osób.
Postanowiła spróbować jeszcze porozmawiać z prezesem firmy, ale ten zdawał się nie widzieć żadnego problemu.
- Pani Bożeno to nie ja decyduję o zwolnieniu tylko kierownik i z nim należy o tym rozmawiać – usłyszała. Po tych słowach była w kompletnym szoku. Jedno co zrozumiała to, że ten człowiek nie ma wiele do powiedzenia we własnej firmie. Ze łzami w oczach wróciła na halę i po odnalezieniu swojego przełożonego poprosiła o pozwolenie na wcześniejsze wyjście z pracy. Ten nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy.
- Pani chyba żartuje. Proszę wrócić na swoje stanowisko pracy – rzekł rozkazującym tonem.
Ta niewiele myśląc odwróciła się na pięcie i nie zważając na jego słowa wyszła z hali i udała wprost do szatni. Przebrała się i po wypełnieniu przepustki wyszła z zakładu.
Od tego dnia jak za dotknięciem jakieś czarodziejskiej różdżki wszystko zaczęło się walić jak domek z kart, jak zamki z piasku. Krótko po niej swoją pracę stracił Łukasz. Jedynym ich dochodem była renta socjalna oraz świadczenie pielęgnacyjne jej męża.
To wszystkiego było tylko iskrą zapalną do tego co miało się zacząć dziać w ich małżeństwie. Od roku dwa tysiące dziewiątego do początku dwa tysiące piętnastego miało być istnym sprawdzianem ich miłości do siebie oraz czy potrafią się wspierać w trudnych sytuacjach.
W ich życie zaczęła wkradać się nerwowość. Oboje chodzili poddenerwowani. Z czasem zaczęło brakować pieniędzy na opłaty, jedzenie i na wszystko inne związane z dniem życia codziennego. Wkrótce doszło do tego, że Bożena musiała wybierać między opłatami i spłatą kredytów a jedzeniem. To spowodowało, że popadli w ogromne długi, do tego stopnia, że do ich drzwi zaczęli pukać komornicy. Byli kompletnie z tym wszystkim sami i z czasem zaczynało to ich przerastać.
Doskonale wiedzieli, że nie mogą liczyć na pomoc ze strony swoich rodziców. Jej rodzice nawet sami próbowali od nich pożyczać pieniądze, co sama Bożena uważała za bezczelność z ich strony. A po jednej z rozmów z matką była w istnym szoku.
- Pożyczylibyście nam jakieś sto złotych – prosiła Agata.
- Nie mam – odparła jej córka – poproś Przemka – dodała
- On nie ma – usłyszała w odpowiedzi
- Jak to nie ma? Pracuje, mieszka z wami, a nie dokłada się do niczego – mówiła.
- Ale on ma swoje wydatki, bo ma dziewczynę – to co usłyszała wmurowało ją w podłogę.
- Ty chyba żartujesz. Zarabia kupę kasy, nie ponosi żadnych opłat a ty mówisz, że on ma wydatki w związku z posiadaniem dziewczyny i dlatego nie chcesz od niego pożyczyć pieniędzy? To chyba zapomniałaś, że ja w przeciwieństwie do niego mam rodzinę i pełno opłat – Agata jeszcze próbowała coś powiedzieć, ale jednak uznała, że nie ma sensu. Bożena była tak wściekła, że gdyby ktoś wszedł jej w drogę to by zabiła. Zachowanie jej matki wytrąciło ją z równowagi.
Na pomoc ze strony matki Łukasza również nie mieli co liczyć. Ta kobieta sama korzystała z opieki społecznej już od wielu lat, a dodatkowo nie mieli z nią zbyt dobrego kontaktu. To raczej były tylko poprawne stosunki między nimi. Ale nigdy nie powiedzieli jej jak wygląda ich sytuacja materialna. Zresztą matka Łukasza od samego początku ich małżeństwa dała im do zrozumienia, żeby nie liczyli na jakąkolwiek pomoc z jej strony.

Coraz częściej między nimi dochodziło do kłótni, a te chwilami kończyły się pobiciem Bożeny przez Łukasza, a czego świadkiem bywał mały Michał. Kilka razy po takich kłótniach ubierała małego i wychodziła z domu na parę godzin. Po jednej z takich kłótni, gdy Łukasz o mało nie udusił własnej żony, ona postanowiła złożyć sprawę do sądu o rozwód. Wszystko działo się na kilka miesięcy przed Pierwszą Komunią Świętą ich syna. To chyba było to co spowodowało, że Łukasz się opamiętał.

Mimo, że nie mieli żadnego wsparcia ze strony najbliższej rodziny, to jednak na swojej drodze trafili na kilka życzliwych im osób. Jedną z takich osób okazał się kuzyn matki Bożeny, z którym spotkali się na weselu chrzestnej Michała. Tego dnia widziała się z wujem po raz pierwszy od kilkunastu lat. Dzień po weselu wyżaliła się wujowi co ją trapi i jak wygląda życie jej oraz jej rodziców. Ten nawet nie zastanawiając się zaoferował swoją pomoc, z której kilka razy korzystali. To była zazwyczaj pomoc finansowa, ale i rzeczowa. Kilka razy dostali paczki, w których znajdowały się ubrania oraz inne rzeczy dla Michała. Dzięki tej pomocy mogli wyprawić synowi przyjęcie z okazji komunii. Chociaż słowo przyjęcie to zbyt dużo powiedziane, bo miało być łącznie z nimi dziesięć osób. Na tę uroczystość zaprosili jednych i drugich dziadków, chrzestną syna z mężem oraz chrzestnego.
Rok później szkoła Michała organizowała dwutygodniową wycieczkę nad morze. Oboje bardzo chcieli aby ich dziecko jechało, ale jej koszt przerastał ich możliwości finansowe. Próbowali pożyczyć wówczas od jednych lub drugich dziadków syna, ale ci tylko kiwali głowami na nie.
- Bożenko, a może by tak spróbować poprosić tego twojego wujka. Przecież oddamy jak tylko będziemy mieli zwrot ze stypendium. A przecież oni zwrócą niemalże natychmiast jak będziemy mieli fakturę, że zapłaciliśmy – wpadł na pomysł Łukasz, a który wydawał się już jedyną i ostatnią możliwością. Bożena chwyciła za telefon i wybrała z listy kontaktów ten konkretny numer.
- Dobry wieczór wujku – przywitała się, gdy tylko usłyszała znajomy głos.
- …
- Wujku dzwonię do ciebie z prośbą. Michał ma możliwość wyjazdu na Zieloną Szkołę do Łeby, ale nie mamy takiej kwoty. I tu moja prośba czy może mi wujek pożyczyć osiemset złotych na maksymalnie dwa miesiące? W ciągu tego czasu będę w stanie je oddać, bo mam przyznane stypendium szkolne na Michała, ale żeby dostać te pieniądze muszę najpierw dokonać zakupu rzeczy związanych ze szkołą lub opłacić wycieczkę organizowaną przez szkołę. Wówczas dostaję fakturę, którą przedstawiam w urzędzie i oni zwracają mi całą kwotę jaka widnieje na tej fakturze – wyjaśniła wszystko Bożena.
- Oczywiście Bożenko, najdalej jutro popołudniu będziesz miała te pieniądze na koncie – usłyszała natychmiast po powiedzeniu o co jej chodzi. Byli mu niezmiernie wdzięczni za to. I tak jak obiecała w niecałe dwa miesiące później zwróciła wujowi wszystko oraz niezwłocznie skontaktowała się z nim informując o zwrocie i kolejny raz bardzo dziękując za pomoc.

Kolejnymi osobami, którym będą oboje wdzięczni do końca życia to młode małżeństwo mieszkające niedaleko nich. Ta znajomość zaczęła się od rozmowy Łukasza z tym młodym mężczyzną. Mąż Bożeny od zawsze był pasjonatem motoryzacji, a tamten posiadał samochód, który podobał się Łukaszowi. I jednego razu Łukasz wychodząc z domu spotkał ów mężczyznę przed jednym z garaży i najzwyczajniej w świecie zagadał ukazując zachwyt nad autem. W ten oto sposób tych dwoje zakolegowało się ze sobą. Łukasz dzięki tej znajomości przestał spotykać się z jak to mawiała Bożena menelami, a zaczął pomagać nowemu koledze w naprawach samochodów, bo jak się okazało ten miał ośrodek szkolenia kierowców. Z czasem poznała go również Bożena, a później poznali jego żonę. Dorota i Piotr okazali się sympatycznym małżeństwem z dwu letnią wówczas córeczką. Ta dwójka również okazała się ludźmi z wielkimi sercami. Nie raz i nie dwa im pomogli. Bożena i Łukasz za tę ich pomoc odwdzięczali się jak tylko mogli. Gdy ich córeczka miała cztery latka urodziło im się drugie dzieciątko. Bożena często zostawała z tymi dziećmi, a Łukasz pomagał Piotrowi przy samochodach.

W końcu pracę znalazł Łukasz i zapowiadało się, że będzie to praca na dłuższy czas. To był plus. Ale ta praca miała również dość duży minus, który zamykał drogę Bożenie na pójście do pracy. Łukasz miał pracować po szesnaście godzin na dobę. Miało to wyglądać tak, że pracuje przez dwa dni później ma jeden lub dwa dni wolnego, a Michał był jeszcze za mały aby mógł zostawać sam kilka godzin dziennie.
Mimo, że dzięki tej pracy zaczęło być im nieco lżej to Bożena zaczęła popadać w jakiś rodzaj depresji. Jej każdy dzień wyglądał tak samo. Do południa pranie, sprzątanie, zakupy i gotowanie, po południu lekcje z synem, a reszta dnia to bezsensowne siedzenie na kanapie przed monitorem od komputera albo przed telewizorem.
Wszystko ją drażniło, miała wrażenie jakby zapadała się w sobie coraz bardziej. Nawet nie chciało jej się wychodzić z domu. Dodatkowo przez sytuację w jakiej się znaleźli nie mieli wielu znajomych żeby nie powiedzieć, że nie mieli ich wcale. Czasem chodziła do Doroty na godzinę czy dwie, ale nie były to zbyt częste wizyty.
CDN...