poniedziałek, 5 sierpnia 2019

MOJE WSZYSTKO I NIC część XX

KOCHANI WYJĄTKOWO DZISIAJ WSTAWIAM OSTATNIĄ CZĘŚĆ TEGO OPOWIADANIA. TO TAKA MOJA NIESPODZIANKA DLA WAS. A OD PIĄTKU WRACAM Z OPOWIADANIAMI O "BRZYDULI".
MIŁEJ LEKTURY ŻYCZĘ. 

- Łukasz co się stało? - spytała Bożena chwilę po tym jak weszła do domu, widząc minę męża.
- Dzwonił Stefan. Dziadek w ciężkim stanie jest w szpitalu – usłyszała w odpowiedzi.
- Ale co się stało? - dopytywała
- Nie wiem – odpowiedział jej mąż.
Bożena aż przysiadła z wrażenia. Widziała załamanie męża.
- Łukasz może pojedziemy do szpitala? Tam będzie Stefan może powie nam coś więcej.
- A co z Michałem? - pytał ją mąż, chociaż widać było, że chciałby tam pojechać.
Ta nie zastanawiając się nad niczym chwyciła za telefon i zadzwoniła do Doroty. Po wyjaśnieniu koleżance w czym rzecz poprosiła o możliwość zaopiekowania się Michałem. Ta bez słowa się zgodziła. 
 
Będąc już w szpitalu Bożena wręcz przeżyła szok. To co zobaczyła spowodowało, że nie wiedziała czy łzy, które pojawiły się w jej oczach to z powodu widoku dziadka w takim stanie czy z tego jak zachowywała się jej teściowa, a córka dziadka.
Bożena przez wszystkie lata od kiedy zaczęła być z Łukaszem słyszała jaki to ten dziadek był zły, że to tyran, alkoholik i Bóg wie kto jeszcze. Kiedy okazało się, że dziadek zmienił adres i młodzi chcieli go odwiedzić ta mówiła, że skoro ten sam nie szuka z nimi kontaktu to nie ma powodu aby oni mieli go odwiedzać. A teraz gdy ten leży w ciężkim stanie po przejściu zawału ta pochylając się szlochała i powtarza.
- Tatusiu nie umieraj, nie zostawiaj nas.
Od tego dnia minęło zaledwie kilka dni, gdy dotarła do nich wiadomość, że dziadek nie żyje. Łukasz bardzo przeżył tę śmierć, bo mimo iż nie miał z nim większego kontaktu był bardzo zżyty.
A matka Łukasza kolejny raz odstawiła przedstawienie, ale to już w dniu pogrzebu. Bożena później mówiła do męża, że jego matka mogłaby pracować w zawodzie płaczki podczas takich ceremonii.
- To co odstawiła twoja matka przechodzi ludzkie pojęcie. Jak można być taką hipokrytką. Wiecznie słyszałam jaki to dziadek był zły, a później jak przyszło co do czego ona jako jedyna odstawia taki teatrzyk na pogrzebie. Przecież skoro kogoś nie lubię albo jestem zła to tak jest do końca. Stale wieszała na dziadku psy, w sądzie zeznawała przeciwko jemu, a teraz udaje wielce kochającą córkę.
Łukasz przyznawał żonie rację, bo sam nie rozumiał tego zachowania matki. Od dziecka mu wmawiała jakim złym człowiekiem jest jego dziadek. Z resztą tak samo wpajała mu o jego biologicznym ojcu. I o ile nie udało się jej zrazić do końca syna do dziadka, tak już nienawiść do ojca udało się wbić do głowy syna.
Dwa miesiące później Stefan brat teściowej Bożeny pozbył się części spadku po dziadku jaki otrzymał i podzielił te pieniądze między troje wnucząt. W ten oto sposób Łukasz miał otrzymać jakieś cztery tysiące złotych tak jak i pozostała dwójka. I wszystko było by fajnie gdyby nie to, że pieniądze trafiły nie do rąk Łukasza tylko do jego matki. Wuj tłumaczył się tym, że ich nie było i poprosił matkę Łukasza aby im je przekazała. I wtedy przeżyli szok. Ta powiedziała, że dostaną pieniądze jeśli powiedzą na co i ile potrzebują. Bożena nie wierzyła własnym uszom. Ta kobieta kolejny raz próbowała decydować za nich, ale Bożena zacisnęła tylko zęby to samo zrobił Łukasz. Doskonale wiedzieli oboje, że kłótnią nic nie wskórają, a i tak udało im się odzyskać te pieniądze. Ten zastrzyk gotówki pozwolił im na wymianę mebli. Kupili wówczas nowe meble do pokoju włącznie z nowym łóżkiem, w kuchni wymienili segment oraz część mebli syna.
Od śmierci dziadka minął jakiś rok, gdy Bożena usłyszała z ust teściowej słowa, które cięły jak ostrze.
- Jesteś złodziejką. Ukradłaś mi syna, pieniądze oraz spadek po moim ojcu.
- O czym mama mówi – pytała z niedowierzaniem w głosie Bożena.
- Gdyby Łukasz się z tobą nie ożenił wciąż by mieszkał ze mną. A ja bym miała jego rentę oraz pieniądze po śmierci ojca – wypluwała słowa niczym kobra swój jad. Dla Bożeny tego było za wiele wstała z kanapy i zabierając syna opuściła mieszkanie teściowej Łukasz uczynił to samo.
Oboje byli w szoku, nie umieli zrozumieć zachowania tej kobiety.

Z początkiem dwa tysiące piętnastego roku Bożena poszła również do pracy. Cieszyła się z tego. Dzięki temu ich życie mogło zacząć się zmieniać, ale jak się okazało pół roku później Łukasz stracił pracę. Bożena znów była załamana tym wszystkim. Ponownie w ich małżeństwo wkradła się nerwowość i kłótnie.
- Ciekawe po czym jesteś taka zmęczona? Idziesz do roboty na osiem godzin ja chodziłem na dwanaście a ostatnio nawet na szesnaście – mówił do żony jednego razu po nocnej zmianie gdy ta była zmęczona, a była to jej piąta nocka.
- Mam nadzieję, że kiedyś pójdziesz do pracy na produkcję, a wówczas porozmawiamy – nawet nie sądziła jak szybko jej słowa się spełnią.
Kilka miesięcy później Łukasz również przyjął się do pracy na produkcji w tym samym zakładzie co jego żona. A los sprawił, że pierwszy tydzień pracowali na tę samą zmianę i to w dodatku na nocną. Tylko nie na tej samej hali. Gdy we wtorek rano zakładowy bus podjechał pod drugą halę aby zabrać pracowników Bożena nie poznała własnego męża. Wyglądał tak jakby nie przepracował jednej nocki, ale przynajmniej sześć. Będąc już w domu usłyszała.
- Miśka chciałem bardzo cię przeprosić. Jestem pełen podziwu dla ciebie. Ty po pięciu nie wyglądasz tak jak ja po jednej – mówił ze skruchą w głosie. Bożena nie odezwała się słowem, ale pomyślała sobie.
- No proszę wystarczyła jedna nocka, aby zmienił zdanie.
Przez kolejne dwa lata wspólnie pracowali w tym samym zakładzie, ale na różnych zmianach. Lecz Łukasz nie mógł się przyzwyczaić do nocnej zmiany i po każdej takie dniówce spał prawie całe dnie, a Bożena tylko do południa.
Od dnia gdy zaczęli oboje pracować w ich domu zapanował spokój. Faktem było, że mieli problemy finansowe bo przez niemal sześć lat ledwo wiązali koniec z końcem, przez to powstały zaległości finansowe, ale mimo tego było jakoś spokojniej. Oboje widzieli poprawę w ich relacjach. Aczkolwiek Bożena wciąż nie do końca pozbyła się stanów depresyjnych, wówczas z pomocą przyszła znajoma.
- Bożena a może byś zaczęła pisać takie opowiadania – zaproponowała jej koleżanka, po tym jak ta kolejny raz opowiadała jej o jakimś opowiadaniu w internecie.
- No coś ty. Ja i pisanie to nie wchodzi w rachubę. W szkole nie umiałam nawet napisać dobrze wypracowania – tłumaczyła się.
- Spróbować zawsze możesz – przekonywała znajoma.
- No nie wiem. Zapewne te blogi są płatne – próbowała szukać wymówki Bożena.
- Jak nie sprawdzisz to się nie dowiesz – tłumaczyła jej koleżanka.
Po kolejnej takie rozmowie Bożena w końcu przełamała się i tak dwudziestego piątego listopada dwa tysiące szesnastego roku powstał pierwszy wpis. Z początku nic się tam nie działo, żadnych komentarzy, prawie nikt nie wchodził.
- Poczekam jeszcze trochę, może z czasem będzie lepiej – pomyślała.
Faktycznie tak też się stało. Po upływie dwóch tygodni pojawił się pierwszy komentarz, dla niej było to tylko motywacją aby pisać dalej.
W dwa tysiące siedemnastym roku przeprowadzili się do większego mieszkania, co bardzo nie spodobało się teściowej Bożeny.
- Po co wam takie wielkie mieszkanie? - pytała.
- Bo mieliśmy dość tej klitki. Dodatkowo Michał jest coraz starszy i potrzebuje swojego własnego kąta, a nie wiecznego mieszkania w kuchni – tłumaczyli jej oboje.
- Łukasz zajmował połowę kuchni i jakoś nie narzekał – próbowała przekonywać.
- Nie miałem wyjścia – odparł matce, co rzecz jasna bardzo jej się nie spodobało.
Fakt to mieszkanie było ogromne w porównaniu do tego poprzedniego. Duża kuchnia, cztery pokoje, dwie łazienki i ogródek. A opłaty nie takie wysokie w porównaniu do tej kawalerki gdzie mieszkali. Lecz teściowa przez dłuższy jeszcze czas wyrażała swoje nie zadowolenie z tego co zrobili. Potrafiła nawet pokłócić się z nimi o to mieszkanie w Święta Bożego Narodzenia. Rzecz jasna najbardziej oberwało się Bożenie. Twierdziła bowiem, że Łukasz robi wszystko to co ona chce i jak ona mówi.
Jak się okazało ta przeprowadzka była im potrzebna. Nagle jakby ręką odjął znikło napięcie a w ich życie wkradł się spokój, ustały kłótnie, jakieś sprzeczki, zniknął niepokój. I mimo, że kłopoty finansowe wciąż były, oni byli tacy jak na początku ich związku. Oboje pracują, Bożena pisze wciąż bloga, ale teraz jest to jej pasja, Łukasz zmienił pracę.

Był wtorek piąty lutego dwa tysiące dziewiętnastego roku godzina szesnasta z minutami. Ta data i godzina chyba już na zawsze wryła się w pamięć Bożeny. Tego dnia ona była w pracy na popołudniową zmianę. Stała przy jednej z maszyn, gdy usłyszała dźwięk przychodzącej wiadomości na Messengera
- Bożena kiedy pogrzeb wujka? – odczytała i nie miała pojęcia o co chodzi. Ta wiadomość była od jej kuzynki z Radomska. Pomyślała, że chodzi o męża siostry jej ojca. Za chwilę kuzynka dzwoniła.
- Dziewczyny ja na chwilę schodzę – poinformowała koleżanki i poszła oddzwonić.
- Bożena, kiedy pogrzeb twojego taty? - usłyszała płaczliwy głos kuzynki.
- O czym ty do mnie mówisz? - mówiła zdziwiona Bożena.
- Dzwoniła ciocia i mówiła, że twój tata wczoraj umarł – usłyszała.
- Ja o niczym nie wiem. Posłuchaj ja zaraz zadzwonię do mamy i dowiem się wszystkiego – odpowiedziała kuzynce, pożegnała się z nią. Kilka razy próbowała się dodzwonić do matki, ale bezskutecznie.
- Sylwia? - podeszła do jednej z dziewczyn – chyba zmarł mój ojciec – rzekła.
- Jak to chyba? - pytała brygadzistka.
Bożena wyjaśniła jej o co chodzi. Obie weszły do toalety aby próbować dodzwonić się do matki Bożeny.
- Mamo podobno tata nie żyje? - pytała matki, gdy tylko udało się do niej dodzwonić.
- Podobno tak. Mają mu robić sekcję zwłok – usłyszała odpowiedz
- A nie mogłaś do mnie zadzwonić, ty cholerna alkoholiczko? - Bożena krzyczała do słuchawki na matkę. Jej głos mówił, że ta jest pijana.
- No przecież dzwonię – odpowiedziała jej matka.
Po tym zaraz poszła wraz z Sylwią do kierowniczki z informacją co się wydarzyło, a ta natychmiast kazała wypisać zwolnienie w tym dniu z pracy i jechać do domu.
W tym czasie okazało się, że matka zasłabła na ulicy i ktoś musi ją zabrać z karetki, bo ta nie chce iść do szpitala. Bożena prosto z pracy pojechała ją odebrać i odstawiła do domu. Następnego dnia wraz z Łukaszem zaczęli załatwiać sprawy związane z pogrzebem ojca. Pod wieczór przyjechał Przemek wraz z dziewczyną, który od sześciu lat mieszka pod Poznaniem.
- Siostra czy coś zostanie z zasiłku po tacie? - Bożena spojrzała na brata i nie mogła uwierzyć w to co on mówi.
- Żartujesz? Jeszcze trzeba dopłacić pięćset złotych i to ty to zrobisz – oznajmiła bratu.
- Ale ja nie mam teraz tyle pieniędzy – usłyszała.
- Mam to gdzieś albo się dokładasz, albo go nie pochowamy – postawiła sprawę jasno.
W czwartek znali już datę pogrzebu miał się odbyć ósmego lutego. Również w czwartek miała sprzeczkę z dziewczyną brata.
- Powinnaś bardziej zainteresować się rodzicami. I przynajmniej raz w tygodniu do nich zajrzeć – usłyszała.
Posłuchaj mnie uważnie, bo powiem to tylko raz. Nie wiesz jak było w naszej rodzinie.
- Trochę wiem, bo Przemek mi opowiadał - przerwała Bożenie
- Już widzę jak on opowiedział ci wszystko. Nigdy nie poznałaś mojego ojca, matkę widzisz po raz pierwszy. Więc nie wpieprzaj się. Oni oprócz mnie mają jeszcze syna.
- No tak, ale wiesz, że mieszkamy pięć godzin drogi stąd – weszła jej ponownie w słowo
- I co to ma do znaczenia. Przez sześć lat nie dzwonił, nie pisał ani nie przyjeżdżał. Więc się nie wpieprzaj mówię to po raz kolejny – Bożena była wściekła, jak ta małolata może jej mówić jak ma postępować z własnymi rodzicami.
W przeddzień pogrzebu poinformowała brata oraz siostrę ojca mieszkającą również w Sosnowcu, że ona nie organizuje stypy, bo nie ma już pieniędzy.
- Przecież masz duże mieszkanie – padło z ust ciotki.
- I co to ma za znaczenie? Powiedziałam, że nie robię i już – odparła. Na to ciotka rzekła.
- W taki razie ja swoich zabieram do siebie po pogrzebie - usłyszała od ciotki i poczuła się tak jakby dostała w twarz.
Na cmentarzu, gdy odprowadzali prochy ojca na grób chwyciła matkę pod ramię, a ta tylko rzekła.
- Spierdalaj chcę iść z Przemkiem – Bożena tylko zacisnęła zęby i odeszła.
Po wszystkim ciotka zabrała rodzinę ze strony ojca i pojechała z nimi do siebie do domu. Bożena wraz pozostałą częścią rodziny pojechali najpierw do domu matki, ze względu na ojca Agaty, a następnie Bożena zabrała ich do siebie, matka nie chciała nigdzie iść.
Przemek wraz z dziewczyną opuścili dom matki jako pierwsi mówiąc, że on przyjedzie za miesiąc. A teraz muszą już jechać bo został wezwany do pracy. W te jego tłumaczenia jakoś nie uwierzyli Bożena z Łukaszem, ale woleli to przemilczeć.
Bożena umówiła się z matką, że przyjedzie do niej za dwa dni z obiadem. Ale następnego dnia Bożena odebrała telefon od ciotki, czy ta nie wie gdzie jest Agata.
- Bożena jesteśmy pod ich domem, ale nikt nie odbiera telefonu i nie otwiera drzwi.
- Mamy u nas nie ma. Może poszła gdzieś na zakupy albo na cmentarz.
Ale ciotka twierdziła, iż umawiała się z matką, że przyjedzie do niej.
Po półgodzinie Bożena wraz z Łukaszem zjawiła się pod domem matki. Pięć minut później już dzwoniła na straż pożarną z informacją, że nie wie co się stało z matką i wyjaśniła co działo się w ostatnich dniach.
Po kilku minutach przyjechała straż oraz pogotowie i czekali jeszcze na policję. Po przyjechaniu tych ostatnich i wyjaśnieniu wszystkiego postanowiono, że straż za zgodą Bożeny będzie próbowała otworzyć okno i gdy tylko to uczyniono wszedł na okno policjant i poinformował, że matka Bożeny leży na łóżku i wygląda na martwą, ale nie jest wstanie wejść do środka ze względu na psa.
- Proszę mi pomóc wejść – zwróciła się Bożena do funkcjonariusza – ja wypuszczę psa na zewnątrz.
Strażak podniósł Bożenę a policjant za rękę podciągał ją do góry, gdy zaczepiła ją ciotka i rzekła.
- Bożena pilnuj w piątek piętnastego listonosza, bo matka była mi winna sto złotych – Bożena oraz ci dwaj mężczyźni byli w szoku, ale żaden nie odezwał się.
Faktycznie Agata była martwa, ale po zdanym raporcie przez policjantów prokurator odstąpił od czynności w postaci sekcji zwłok. Okna i drzwi były zamknięte od wewnątrz. Pogrzeb matki odbył się trzynastego lutego.
Ale oczywiście teściowa Bożeny nie była by sobą, gdyby nie wtrąciła się.
W poniedziałek zadzwoniła popołudniu i kazała Bożenie, Łukaszowi, Michałowi oraz bratu Bożeny po pogrzebie poczekać, bo ma im coś do powiedzenia. Bożena poinformowała o tym brata we wtorek.
- Powiedz jej, żeby się nie wtrącała. To byli nasi rodzice, pochowajmy mamę i miejmy już to z głowy – poinformował ją. Takiego samego zdania byli również Bożena z Łukaszem.
- Mamo, Przemek powiedział aby mama się nie wtrącała i dała spokój. My również z Łukaszem tak myślimy – poinformowała ją Bożena dzień przed pogrzebem.
- Ty kurwo wiecznie się wtrącasz w sprawy moje i mojego dziecka – zaczęła Bożenę wyzywać teściowa.
- Jak mamie nie pasuje to może mama nie przychodzić na pogrzeb – rzuciła Bożena i rozłączyła się po czym zadzwoniła do męża i opowiedziała o przebiegu rozmowy z jego matką.

Po pogrzebie Bożena poczuła jakąś dziwną ulgę na sercu.
- Wiesz Łukasz to jest dziwne – mówiła następnego dnia po pogrzebie.
- Ale co jest dziwne? - nie rozumiał co żona ma na myśli.
- Zobacz zamarł ojciec zaraz po nim matka, a ja nawet łzy nie uroniłam, wręcz przeciwnie odetchnęłam z ulgą. Ja chyba nie mam uczuć – wyjaśniła mężowi.
- To nie tak miśka. Oni sami sprawili, że tak postępowałaś wobec nich. Dodatkowy oni się ciebie wyparli. Po pierwsze mówiła ci o tym ta ich sąsiadka gdy czekałaś na samochód z zakładu pogrzebowego a dwa oni wyrzucili wszystkie twoje zdjęcia.
Ta wypowiedź męża przywróciła wspomnienia z tej soboty, gdy czekała na karawan.
- Dobry wieczór. Kim pani jest i co tu robi? - usłyszała głos starszej kobiety kiedy stała przed wejściem do domu rodziców i czekała na karawan.
- Dobry wieczór. Jestem córką Zygmunta i Agaty. Właśnie czekam na samochód z zakładu pogrzebowego. Bo mama zmarła - odparła kobiecie.
- Ale oni nie mieli córki tylko syna - usłyszała.
- Skąd pani ma takie informacje? - dopytywała sąsiadki.
- Widziałam w pokoju na półce zdjęcie młodego mężczyzny oraz małego chłopca. I oboje zawsze wspominali o synu, a o córce nigdy  - odparła.
- Ten mężczyzna to mój brat, a ich syn, natomiast chłopiec jest moim synem - odpowiedziała.
- A gdzie jest Zygmunt? - padło kolejne pytanie z ust starszej kobiety.
- Przecież wczoraj był jego pogrzeb - odpowiedziała Bożena.
- Jaki pogrzeb. My o niczym nie wiedzieliśmy - odparła ta druga.
- Przecież mój brat wraz z dziewczyną mieli zająć się rozwieszeniem klepsydr - oznajmiła Bożena. 
Kobieta w końcu poszła do domu, a Bożena została sama. 
To był pierwszy szok jaki przeżyła, a drugi nastąpił w następnych dniach, gdy opróżniając mieszkanie z rzeczy po rodzicach nigdzie nie natknęli się na zdjęcia Bożeny były tylko te przedstawiające samego Przemka i ich samych.

Od śmierci rodziców Bożena nie pokazała się na cmentarzu ani razu a to już pół roku. Wie tylko, że Przemek miał stawiać im pomnik, ale czy tak się stało nie wie. Ona nie czuje takiej potrzeby. 
Kiedyś powiedziała do swojego męża, że teraz już jedynie co ją łączy z tą rodziną to tylko nazwisko panieńskie. Z resztą od pogrzebu matki nikt nawet nie zadzwonił ani od strony ojca, ani od strony matki. Wygląda to tak jakby całkowicie przestała dla nich istnieć. Nawet Przemek nie kontaktuje się z siostrą. Z początku było jej ciężko, ale teraz jest znacznie lepiej. Łukasz się całkiem zmienił, nawet przeprosił za swoje zachowanie i jest dla niej dużym wsparciem. Michał ma już piętnaście lat i dostał się do szkoły średniej.
KONIEC.

piątek, 2 sierpnia 2019

MOJE WSZYSTKO I NIC część XIX

- Bożena? - usłyszała swoje imię stojąc przy maszynie. Odwróciła się i ujrzała przed sobą jednego z brygadzistów.
- Co – odezwała się niezbyt przyjemnym tonem, ale ten facet od zawsze działał jej na nerwy.
- Mam coś dla ciebie – mówił wręczając jej jakieś pismo. Bożena odebrała je i zaczęła czytać, a z każdym kolejnym przeczytanym słowem wyraz jej twarzy wyrażał szok i nie dowierzanie.
- To są jakieś żarty? - odezwała się po chwili, a jej oczy wypełniły się łzami.
- Nie, to nie żarty – usłyszała w odpowiedzi.
Natychmiast z tym pismem udała się do kierownika.
- Czy może mi pan to wyjaśnić? - pytała swojego przełożonego pokazując mu to co otrzymała od brygadzisty.
- A na co to pani wygląda? - zapytał, aby natychmiast odpowiedzieć jej samemu – To pani wypowiedzenie, ostatnio była pani kolejny raz na zwolnieniu lekarskim i to przez ponad miesiąc.
- To było moje drugie zwolnienie lekarskie od kiedy tu pracuję, a na pana zmianie pierwsze. Doskonale pan wie, że to zwolnienie było wynikiem wypadku podczas wykonywania pracy na zakładzie – próbowała się bronić i w ten sposób przypomnieć mu co było tego powodem.
- Masz na to jakieś dowody albo świadków? - odparł wyniosłym i pewnym siebie głosem.
Bożena była w szoku. Pracowała w tym zakładzie przez dwa lata, ale u tego kierownika przez kilka miesięcy. Do tej pory na chorobowym była tylko dwa razy. Pracowała solidnie i nigdy nie narzekała. To ostatnie zwolnienie było wynikiem urazu jakiego doznała w pracy, ale tak jak mówił kierownik nie miała na to żadnych dowodów, a nikt z pracowników nie stanie po jej stronie. Wszyscy bali się tego człowieka. Ten facet na początku roku od tak zwolnił dziesięć osób.
Postanowiła spróbować jeszcze porozmawiać z prezesem firmy, ale ten zdawał się nie widzieć żadnego problemu.
- Pani Bożeno to nie ja decyduję o zwolnieniu tylko kierownik i z nim należy o tym rozmawiać – usłyszała. Po tych słowach była w kompletnym szoku. Jedno co zrozumiała to, że ten człowiek nie ma wiele do powiedzenia we własnej firmie. Ze łzami w oczach wróciła na halę i po odnalezieniu swojego przełożonego poprosiła o pozwolenie na wcześniejsze wyjście z pracy. Ten nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy.
- Pani chyba żartuje. Proszę wrócić na swoje stanowisko pracy – rzekł rozkazującym tonem.
Ta niewiele myśląc odwróciła się na pięcie i nie zważając na jego słowa wyszła z hali i udała wprost do szatni. Przebrała się i po wypełnieniu przepustki wyszła z zakładu.
Od tego dnia jak za dotknięciem jakieś czarodziejskiej różdżki wszystko zaczęło się walić jak domek z kart, jak zamki z piasku. Krótko po niej swoją pracę stracił Łukasz. Jedynym ich dochodem była renta socjalna oraz świadczenie pielęgnacyjne jej męża.
To wszystkiego było tylko iskrą zapalną do tego co miało się zacząć dziać w ich małżeństwie. Od roku dwa tysiące dziewiątego do początku dwa tysiące piętnastego miało być istnym sprawdzianem ich miłości do siebie oraz czy potrafią się wspierać w trudnych sytuacjach.
W ich życie zaczęła wkradać się nerwowość. Oboje chodzili poddenerwowani. Z czasem zaczęło brakować pieniędzy na opłaty, jedzenie i na wszystko inne związane z dniem życia codziennego. Wkrótce doszło do tego, że Bożena musiała wybierać między opłatami i spłatą kredytów a jedzeniem. To spowodowało, że popadli w ogromne długi, do tego stopnia, że do ich drzwi zaczęli pukać komornicy. Byli kompletnie z tym wszystkim sami i z czasem zaczynało to ich przerastać.
Doskonale wiedzieli, że nie mogą liczyć na pomoc ze strony swoich rodziców. Jej rodzice nawet sami próbowali od nich pożyczać pieniądze, co sama Bożena uważała za bezczelność z ich strony. A po jednej z rozmów z matką była w istnym szoku.
- Pożyczylibyście nam jakieś sto złotych – prosiła Agata.
- Nie mam – odparła jej córka – poproś Przemka – dodała
- On nie ma – usłyszała w odpowiedzi
- Jak to nie ma? Pracuje, mieszka z wami, a nie dokłada się do niczego – mówiła.
- Ale on ma swoje wydatki, bo ma dziewczynę – to co usłyszała wmurowało ją w podłogę.
- Ty chyba żartujesz. Zarabia kupę kasy, nie ponosi żadnych opłat a ty mówisz, że on ma wydatki w związku z posiadaniem dziewczyny i dlatego nie chcesz od niego pożyczyć pieniędzy? To chyba zapomniałaś, że ja w przeciwieństwie do niego mam rodzinę i pełno opłat – Agata jeszcze próbowała coś powiedzieć, ale jednak uznała, że nie ma sensu. Bożena była tak wściekła, że gdyby ktoś wszedł jej w drogę to by zabiła. Zachowanie jej matki wytrąciło ją z równowagi.
Na pomoc ze strony matki Łukasza również nie mieli co liczyć. Ta kobieta sama korzystała z opieki społecznej już od wielu lat, a dodatkowo nie mieli z nią zbyt dobrego kontaktu. To raczej były tylko poprawne stosunki między nimi. Ale nigdy nie powiedzieli jej jak wygląda ich sytuacja materialna. Zresztą matka Łukasza od samego początku ich małżeństwa dała im do zrozumienia, żeby nie liczyli na jakąkolwiek pomoc z jej strony.

Coraz częściej między nimi dochodziło do kłótni, a te chwilami kończyły się pobiciem Bożeny przez Łukasza, a czego świadkiem bywał mały Michał. Kilka razy po takich kłótniach ubierała małego i wychodziła z domu na parę godzin. Po jednej z takich kłótni, gdy Łukasz o mało nie udusił własnej żony, ona postanowiła złożyć sprawę do sądu o rozwód. Wszystko działo się na kilka miesięcy przed Pierwszą Komunią Świętą ich syna. To chyba było to co spowodowało, że Łukasz się opamiętał.

Mimo, że nie mieli żadnego wsparcia ze strony najbliższej rodziny, to jednak na swojej drodze trafili na kilka życzliwych im osób. Jedną z takich osób okazał się kuzyn matki Bożeny, z którym spotkali się na weselu chrzestnej Michała. Tego dnia widziała się z wujem po raz pierwszy od kilkunastu lat. Dzień po weselu wyżaliła się wujowi co ją trapi i jak wygląda życie jej oraz jej rodziców. Ten nawet nie zastanawiając się zaoferował swoją pomoc, z której kilka razy korzystali. To była zazwyczaj pomoc finansowa, ale i rzeczowa. Kilka razy dostali paczki, w których znajdowały się ubrania oraz inne rzeczy dla Michała. Dzięki tej pomocy mogli wyprawić synowi przyjęcie z okazji komunii. Chociaż słowo przyjęcie to zbyt dużo powiedziane, bo miało być łącznie z nimi dziesięć osób. Na tę uroczystość zaprosili jednych i drugich dziadków, chrzestną syna z mężem oraz chrzestnego.
Rok później szkoła Michała organizowała dwutygodniową wycieczkę nad morze. Oboje bardzo chcieli aby ich dziecko jechało, ale jej koszt przerastał ich możliwości finansowe. Próbowali pożyczyć wówczas od jednych lub drugich dziadków syna, ale ci tylko kiwali głowami na nie.
- Bożenko, a może by tak spróbować poprosić tego twojego wujka. Przecież oddamy jak tylko będziemy mieli zwrot ze stypendium. A przecież oni zwrócą niemalże natychmiast jak będziemy mieli fakturę, że zapłaciliśmy – wpadł na pomysł Łukasz, a który wydawał się już jedyną i ostatnią możliwością. Bożena chwyciła za telefon i wybrała z listy kontaktów ten konkretny numer.
- Dobry wieczór wujku – przywitała się, gdy tylko usłyszała znajomy głos.
- …
- Wujku dzwonię do ciebie z prośbą. Michał ma możliwość wyjazdu na Zieloną Szkołę do Łeby, ale nie mamy takiej kwoty. I tu moja prośba czy może mi wujek pożyczyć osiemset złotych na maksymalnie dwa miesiące? W ciągu tego czasu będę w stanie je oddać, bo mam przyznane stypendium szkolne na Michała, ale żeby dostać te pieniądze muszę najpierw dokonać zakupu rzeczy związanych ze szkołą lub opłacić wycieczkę organizowaną przez szkołę. Wówczas dostaję fakturę, którą przedstawiam w urzędzie i oni zwracają mi całą kwotę jaka widnieje na tej fakturze – wyjaśniła wszystko Bożena.
- Oczywiście Bożenko, najdalej jutro popołudniu będziesz miała te pieniądze na koncie – usłyszała natychmiast po powiedzeniu o co jej chodzi. Byli mu niezmiernie wdzięczni za to. I tak jak obiecała w niecałe dwa miesiące później zwróciła wujowi wszystko oraz niezwłocznie skontaktowała się z nim informując o zwrocie i kolejny raz bardzo dziękując za pomoc.

Kolejnymi osobami, którym będą oboje wdzięczni do końca życia to młode małżeństwo mieszkające niedaleko nich. Ta znajomość zaczęła się od rozmowy Łukasza z tym młodym mężczyzną. Mąż Bożeny od zawsze był pasjonatem motoryzacji, a tamten posiadał samochód, który podobał się Łukaszowi. I jednego razu Łukasz wychodząc z domu spotkał ów mężczyznę przed jednym z garaży i najzwyczajniej w świecie zagadał ukazując zachwyt nad autem. W ten oto sposób tych dwoje zakolegowało się ze sobą. Łukasz dzięki tej znajomości przestał spotykać się z jak to mawiała Bożena menelami, a zaczął pomagać nowemu koledze w naprawach samochodów, bo jak się okazało ten miał ośrodek szkolenia kierowców. Z czasem poznała go również Bożena, a później poznali jego żonę. Dorota i Piotr okazali się sympatycznym małżeństwem z dwu letnią wówczas córeczką. Ta dwójka również okazała się ludźmi z wielkimi sercami. Nie raz i nie dwa im pomogli. Bożena i Łukasz za tę ich pomoc odwdzięczali się jak tylko mogli. Gdy ich córeczka miała cztery latka urodziło im się drugie dzieciątko. Bożena często zostawała z tymi dziećmi, a Łukasz pomagał Piotrowi przy samochodach.

W końcu pracę znalazł Łukasz i zapowiadało się, że będzie to praca na dłuższy czas. To był plus. Ale ta praca miała również dość duży minus, który zamykał drogę Bożenie na pójście do pracy. Łukasz miał pracować po szesnaście godzin na dobę. Miało to wyglądać tak, że pracuje przez dwa dni później ma jeden lub dwa dni wolnego, a Michał był jeszcze za mały aby mógł zostawać sam kilka godzin dziennie.
Mimo, że dzięki tej pracy zaczęło być im nieco lżej to Bożena zaczęła popadać w jakiś rodzaj depresji. Jej każdy dzień wyglądał tak samo. Do południa pranie, sprzątanie, zakupy i gotowanie, po południu lekcje z synem, a reszta dnia to bezsensowne siedzenie na kanapie przed monitorem od komputera albo przed telewizorem.
Wszystko ją drażniło, miała wrażenie jakby zapadała się w sobie coraz bardziej. Nawet nie chciało jej się wychodzić z domu. Dodatkowo przez sytuację w jakiej się znaleźli nie mieli wielu znajomych żeby nie powiedzieć, że nie mieli ich wcale. Czasem chodziła do Doroty na godzinę czy dwie, ale nie były to zbyt częste wizyty.
CDN...

piątek, 12 lipca 2019

MOJE WSZYSTKO I NIC część XVIII

Zabieg się udał i trwał tak jak mówili lekarze niecałą godzinę. A mimo to dla Bożeny to była wieczność. W głowie miała istną gonitwę myśli, ale na żadną nie znała odpowiedzi. Pełna obaw o własne dziecko sama w pewnym momencie potrzebowała pomocy. Wreszcie ujrzała wózek na którym leżał Michałek, podeszła do lekarza z niemym pytaniem wymalowanym na twarzy.
- Wszystko w porządku. Mieliśmy pewien mały problem, ale uporaliśmy się z nim. I już może pani być spokojna, bo mały będzie zdrowym dzieckiem.
- Dziękuję panie doktorze.
- Dodam jeszcze, że jeśli wszystko będzie dobrze to już w sobotę wrócicie do domu – widać było, że te wszystkie wiadomości pozwoliły Bożenie odetchnąć. Czuła się tak jakby spadł z jej pleców kilku tonowy głaz. Zadzwoniła do męża z informacją, że wszystko się udało, a w sobotę możliwy jest ich powrót do domu.
- Ja po was przyjadę, a wiesz o której godzinie?
- Nie wiem, ale myślę, że jutro będę wiedzieć więcej to zaraz dam znać – odpowiedziała mężowi.
I tak jak mówił lekarz dwa dni później wracali we trójkę do domu. Bożena liczyła, że wreszcie będzie mogła się wykąpać oraz wyspać w normalnych warunkach, bo przez ostatnie pięć nocy spała na podłodze pod łóżkiem Michała lub na siedząco z głową ułożoną na jego łóżku. Jakie było jej zdziwienie, gdy okazało się, że teściowa organizuje imprezę imieninową dla swojego partnera. W tej chwili nie chodziło już o nią samą, ale mały Michał był po zabiegu i potrzebował spokoju. Impreza była suto zakrapiana i skończyła się dość późno. Łukasz, gdy poszedł poprosić matkę, aby byli nieco ciszej usłyszał tylko.
- Jestem u siebie i będę robić jak mnie się podoba.
Od tego dnia sytuacja w domu zaczynała być coraz bardziej napięta. W końcu dwa tygodnie później matka Łukasza kazała im się wyprowadzić w ciągu tygodnia. Będąc pod ścianą, bo wciąż nie mieli odpowiedzi z urzędu co do mieszkania musieli udać się do rodziców Bożeny.
Ci co było dość dziwne nie mieli nic przeciwko. Jedynym plusem mieszkania u Agaty i Zygmunta było, to że mieli całkowicie osobny pokój, co było niemożliwe w mieszkaniu matki Łukasza. Tam zajmowali zaledwie połowę kuchni. Po raz kolejny składali wniosek o mieszkanie, ale tym razem ponownie pomogli sąsiedzi Łukasza, a sąsiadka umówiła ich na rozmowę z prezydentem miasta poza kolejnością. Podczas tego spotkania opisali oboje jak wygląda ich obecna sytuacja.
Dwa miesiące później Bożena wraz z Michałkiem w wózku pojechała sprawdzić czy są listy osób, którym przyznano mieszkanie. Czytała tę listę i nie mogła uwierzyć własnym oczom ich nazwisko widniało na tej liście. Mieszkanie nie było duże, bo zaledwie pokój z kuchnią i miało nie całe trzydzieści sześć metrów kwadratowych, ale cieszyli się. I co najważniejsze z dala od jednych i drugich rodziców. Od tego dnia czas jakby przyspieszył i w przeciągu kolejnych dwóch miesięcy już mogli się wprowadzać.
W przeprowadzce pomogła teściowa Bożeny wraz z jej bratem, chrzestny Michała oraz kolega z dziewczyną, rodzina Bożeny nagle miała wiele innych rzeczy do zrobienia. Zygmunt musiał wymienić butlę z gazem, Agata wielce robiła porządki, a Przemek ulotnił się z domu z samego rana.
Nie posiadali zbyt wiele pieniędzy, ale mimo to za to co mieli zrobili remont. Wyposażenie mieszkania też było dość skromne. Meble do pokoju to segment, który Łukasz otrzymał od rodziny na osiemnaste urodziny, a reszta mebli to jakaś zbieranina od znajomych. A mimo to nie przejmowali się tym.
- Przecież z czasem wszystko wymienimy – mawiali.
Ale oczywiście matka Łukasza nie była by sobą gdyby nie zaczęła wszystkiego krytykować.
- Tę firankę powinnaś powiesić w kuchni, a ten obrazek nie pasuje tutaj lepiej by wyglądał w tej części wydzielonej z kuchni dla Michała. Kanapa powinna stać w tym miejscu – i tego typu uwag miała mnóstwo, a w Bożenie gotowała się krew. W pewnym momencie już nie wytrzymała i rzekła.
- To nie jest mamy mieszkanie tylko nasze i nic mamie do tego co, gdzie i jak będzie stało, wisiało albo leżało.
Ta oburzona słowami synowej z obrazą w głosie odparła.
- Nic tu po mnie ja już wracam do siebie – będąc w przedpokoju usłyszała głos swojego brata, który proponował jej podwiezienie.
W tym momencie w mieszkaniu zostali Bożena z Łukaszem i Michałem oraz kolega z dziewczyną.
- My wam pomożemy to poustawiać, bo sami będziecie to robić do rana – oboje byli im wdzięczni za pomoc. Było już po dwudziestej jak znajomi opuszczali ich mieszkanie.

Czas płynął swoim rytmem, a oni cieszyli się swoim szczęściem i tym, że ich syn był zdrowy. Kiedy to dwa lata po zabiegu podczas wizyty w poradni kardiologicznej usłyszeli, że to ostatnia wizyta, bo z sercem syna jest wszystko w porządku odetchnęli.
- Pani doktor, chcieliśmy jeszcze wiedzieć czy możemy małego zapisać od września do przedszkola? - dopytywali, bo Bożena chciała iść do pracy, na co przystał Łukasz.
- Oczywiście, że możecie. Syn jest już zdrowy i należy mu pozwolić na to wszystko co innym dzieciakom w jego wieku.
Mając zgodę lekarki zapisali małego do pobliskiego przedszkola, a Bożena zaczęła poszukiwać pracy. Chciała iść do pracy jeszcze przed wrześniem, aby przyzwyczaić synka do zmian jakie miały nastać. Dużo mu tłumaczyli, a on jak na trzylatka zdawał się wiele rozumieć i chyba nawet tak było.
Lecz zanim Bożena znalazła pracę trochę czasu minęło, ale w końcu się udało. Znalazła pracę w sklepie na osiedlu gdzie mieszkała teściowa, lecz to nie miało znaczenia. Wówczas Łukasz wpadł na pewien pomysł.
- Miśka wiesz co, pomyślałem, że może byśmy kupili jakiś samochód?
- To niezły pomysł – odparła Bożena. Ta jej aprobata wywołała radość w oczach jej męża – A myślałeś jaki? - zapytała.
- Jeszcze nie. Ale dziękuję, że nie oponujesz – rzekł z radością w głosie.
- Przecież wiem, jak wielkim fanem motoryzacji jesteś. A i zakup auta zawsze nam ułatwi wiele spraw – odparła zgodnie z prawdą. Ona wiedziała jak Łukasz kocha wszystko co związane jest z samochodami. Prawdą było też, że gdyby nie ingerencja jego matki on zostałby mechanikiem. Ale ta kobieta z jakichś sobie tylko znanych przyczyn była przeciwniczką wszystkiego co z tym się wiązało.
- Co byś powiedziała na takiego Malucha? Na początek i nasze możliwości były wystarczający – zaproponował.
- Czemu nie – odparła.
Od tej rozmowy nie minęło wiele, a oni już cieszyli się z zakupionego autka.
Jej rodzice pochwalili nawet ten zakup, ale jego matka już nie. Kiedy tylko dowiedziała się o tym zakupie najpierw zrobiła swojej synowej awanturę w miejscu jej pracy, a gdy to nie zrobiło na młodych wrażenia obrała inną taktykę. I tak przy każdej możliwej sytuacji mówiła jacy są nieodpowiedzialni, że może stać się jakiś wypadek, że może urwać się koło od samochodu. Ale to co zrobiła w dniu imienin Łukasza przeszło najśmielsze oczekiwania.
Na kilkanaście dni wcześniej zadzwonili do niej z informacją, że w urodziny Michała ich nie będzie bo wyjeżdżają na weekend do Radomska, ona tę wiadomość przyjęła. Ale dwa tygodnie później przyjechała do nich i najpierw złożyła swojemu synowi życzenia i wręczyła prezent i chwilę później przeszła do meritum sprawy.
- W tej chwili masz mi oddać dokumenty samochodu wraz z kluczykami – Łukasz popatrzył na matkę i nie był pewien czy dobrze usłyszał.
- A to niby dlaczego? - zapytał ze zdziwieniem w głosie.
- Nie zamierzam się tłumaczyć. Powiedziałam raz i nie zamierzam się powtarzać.
- Ale auto nie jest moje tylko Bożeny – odparł zgodnie z prawdą. A ta nagle sięgnęła po swoją torebkę i wyjęła z niej młotek
- Albo zrobisz co ci karzę albo zaraz powybijam szyby w tym samochodzie – krzyczała.
- Może mama nie krzyczeć. Dziecko się boi – odezwała się milcząca do tej pory Bożena trzymając na rękach przestraszonego synka.
- Ty się nie odzywaj. Pozwoliłaś mu kupić to auto po to aby się zabił albo żeby kogoś zabił i poszedł siedzieć do więzienia. A ty wówczas będziesz mogła sobie do mojego mieszkania sprowadzać kochanków aż ci sperma uszami będzie wychodziła – krzyczała, a oni z osłupieniem słuchali co ta kobieta mówi.
- Możesz przestać – krzyknął Łukasz.
- Nie. Powiedziałam albo kluczyki albo zobaczysz co zrobię.
- To spotkamy się wówczas w sądzie – odezwała się Bożena.
- Myślałam, że będziesz taką synową jaką sobie wymarzyłam i będziesz mnie wspierać. A ty nawet nie jesteś mi wdzięczna, że to dzięki mnie masz to mieszkanie – mówiła.
- A co mama ma wspólnego z tym mieszkaniem? - zapytała Bożena.
- Gdyby Łukasz nie był niepełnosprawny to nie dostalibyście tego mieszkania – odparła pewna swego.
- A to ciekawe, bo my nigdy nie pisaliśmy o tym w żadnym z wniosków – odpowiedziała jej synowa – A teraz opuścisz to mieszkanie, bo jak nie to wzywam policję.
- To sobie wzywaj, jestem u siebie – rzekła butnie matka Łukasza.
Bożena nie zastanawiając się wybrała numer na policję, a ta pojawiła się u nich w kilkanaście minut od zgłoszenia. Policjanci wysłuchali każdego z osobna. Ale matka Łukasza przez jakąś chwilę nie dawała za wygraną i próbowała dyskutować z mundurowymi.
- Prosimy aby pani dobrowolnie opuściła ten lokal – usłyszała.
- Ale ja przyjechałam do syna i tak w ogóle to jestem u siebie – mówiła.
- A czy pani jest tu meldowana? - padło z ust policjanta.
- No nie, ale tu mieszka mój syn – odparła i była pewna swego.
- Czy pan chce aby pańska matka opuściła to mieszkanie? - zwrócono się do Łukasza.
- Tak, chcę aby moja matka stąd wyszła – odparł z całą pewnością w głosie Łukasz.
- Moja noga więcej tu nie powstanie – krzyknęła jeszcze i wyszła w asyście policji.
Od tego wieczoru rzeczywiście jego matka dała im spokój. Nie odzywali się ze sobą przez dwa lata. Jedni nie dzwonili do drugich i odwrotnie. Młodzi odetchnęli, wreszcie nikt im nie mówił jak mają żyć.
Ale ta cała sielanka miała prysnąć jak bańka mydlana w dwa tysiące dziewiątym roku mniej więcej od połowy tego roku. Do tego czasu pracowali oboje albo pracowała Bożena. Po zrezygnowaniu z pracy w handlu przyjęła się do zakładu produkcyjnego, gdzie zarobki były dużo wyższe.
W kwietniu tegoż roku Bożena uległa wypadkowi w pracy, ale jej nadgorliwość ją zgubiła. Nie pozwoliła wezwać pogotowia, wzięła tabletkę przeciwbólową i wróciła na swoje miejsce pracy. Po pracy odebrała syna z przedszkola, w domu zrobiła porządek i o zwykłej porze poszła spać. Następnego dnia rano ona nie mogła się ruszyć. Z trudem wstała i wraz z mężem pojechała do lekarza. Wszelkie badania wykazały uszkodzenie kręgosłupa, a diagnoza była jednoznaczna.
- Albo zacznie pani się oszczędzać albo wyląduje na wózku - padło z ust lekarza. 
CDN...

niedziela, 7 lipca 2019

Wakacyjna przerwa

 



 W związku z planowanymi wakacjami, a co za tym idzie moim wylotem pragnę wszystkich moich czytelników poinformować iż ostatni wpis ukaże się dwunastego lipca, a następny dopiero drugiego sierpnia.
Życzę wszystkim udanego wypoczynku.
Julita Morawiec

piątek, 5 lipca 2019

MOJE WSZYSTKO I NIC część XVII


Zabrano ją do szpitala, gdzie po przeprowadzeniu badań wyszło, że Bożena może zacząć rodzić. Dzięki szybkiej reakcji lekarzy udało się powstrzymać poród. Tym razem pobyt w placówce medycznej trwał niecały tydzień i Bożena była na powrót w domu. Tak jak ustalili wraz z Łukaszem po ślubie zamieszkali u jego matki. Odbierając wypis usłyszała od lekarza aby unikała stresu.
- Łatwo powiedzieć, trudnej zrobić – pomyślała.
Dobrze wiedziała, że mieszkanie pod jednym dachem z teściową nie będzie łatwe. Lecz w obecnej sytuacji nie mieli wyjścia. Jakie było jej zdziwienie, gdy wrócili do domu, a tam nie zastali ani teściowej, ani jej konkubenta.
- A gdzie twoja mama – zapytała swojego męża Bożena.
- Przenieśli się do jego mieszkania – usłyszała w odpowiedzi - Mama powiedziała, że nie chce nam przeszkadzać, ale musiałem jej coś obiecać. Mianowicie, że jeśli będzie się coś złego dzieło damy jej znać – kontynuował.
Bożena odetchnęła z ulgą i nawet nie przypuszczała, że będą sami tylko do czasu porodu.

Młodzi już następnego dnia po powrocie Bożeny ze szpitala udali się do jej rodzinnego domu. Musieli zabrać stamtąd kilka rzeczy Bożeny między innymi jej wieżę, którą dostała od Łukasza w prezencie na urodziny. Lecz tego popołudnia zabrali tylko jej ubrania i kilka książek. Przed opuszczeniem tego domu wywiązała się kłótnia między nimi a jej rodzicami dokładniej mówiąc między nimi a Zygmuntem.
- Ani mi się waż brać wieżę – grzmiał Zygmunt.
- Bo? - pytała Bożena.
- Co już zapomniałaś, że co w tym domu to moje? - wrzeszczał ojciec.
- Nie nie zapomniałam, ale wieża jest moja. Ja ją dostałam od Łukasza jakbyś nie wiedział. Ty nawet złotówki nie dołożyłeś. To po pierwsze, a po drugie przypominać ci, że to mieszkanie nie jest twoje. Co zapomniałeś, że czeka was eksmisja? – krzyczała również Bożena.
- Ojciec nie jest twoim kolegą, abyś mówiła mu na ty – odezwała się matka.
- Wieżę zabieramy, czy wam się to podoba czy nie – odezwał się milczący Łukasz.
- Ty się nie wpierdalaj – grzmiał Zygmunt.
W końcu Bożena udając, że dała im wygrać pociągnęła Łukasza za rękę do swojego dawnego pokoju i tam szeptem wyjawiła swój plan.
- Misiek posłuchaj mam pomysł. Przyjdziemy tu jutro do południa. Oboje będą w pracy, a ja nadal mam klucze do mieszkania. Przemka też nie będzie więc na spokojnie zabierzemy co uznamy za słuszne, a dzisiaj tylko tę torbę z ubraniami, płytami i kilkoma innymi rzeczami – Łukasz po wysłuchaniu co ma do powiedzenia jego żona uśmiechnął się chytrze po czym objął ją i patrząc jej w oczy rzekł.
- Kocham cię.
- Też cię kocham – odparła jak echo Bożena.
Łukasz niemalże od samego początku dość często wyznawał jej uczucia miłości.
I tak jak uzgodnili następnego dnia po godzinie dziewiątej rano zjawili się w mieszkaniu jej rodziców. Zabrali wówczas nie tylko wieżę, ale i kilka innych rzeczy należących do Bożeny. Ktoś przyglądający się temu z boku mógł pomyśleć, że zachowują się jak złodzieje. Ale oni wiedzieli, że inaczej się nie da, bo despotyczny Zygmunt nie pozwoliłby na zabranie tego wszystkiego. 
 
Młodzi wiedli spokojnie życie w oczekiwaniu na narodziny ich dziecka. Dodatkowo Łukasz oprócz tego, że pracował po dwanaście godzin często podejmował się innych zajęć, które mogły przynieść dodatkowy dochód.
- Łukasz nie możesz tyle pracować, ty czasami po pracy w ogóle nie śpisz, bo pędzisz do następnej roboty – mówiła do męża Bożena, ale on zdawał się być głuchy na słowa żony albo mówił.
- Bożenka, ale ja to robię dla nas – ona nie wiedziała jak namówić go do zmiany zdania.
Bywały dni kiedy prawie cały czas była sama w domu, bo on latał i pomagał sąsiadom dwa piętra wyżej. Z czasem jednak to, że Łukasz tam biegał i pomagał okazało się być czymś zbawiennym dla nich oraz ich dziecka. Ona sędzina orzekająca w sądzie wojewódzkim on lekarz kardiolog okazali się ludźmi bardzo pomocnymi i życzliwymi.

Wreszcie nastał ósmy stycznia dwa tysiące czwarty rok, tego to dnia Bożena wydała na świat syna. Chłopiec urodził się dziesięć dni po terminie. Śmiali się wówczas, że najpierw pchał się na ten świat przed czasem, a później było mu tak dobrze iż nie miał zamiaru przyjść na świat.
Bożena rodziła jak na pierwszy raz bardzo szybko, bo zaledwie trzy godziny nawet lekarz był pełen podziwu. Dziecko uzyskało osiem punktów w skali Apgar ponieważ chłopiec urodził się z sinicą.
Przed salą porodową czekał jej mąż oraz teściowa, a ona sama gdzieś w podświadomości liczyła na pojawienie się również jej rodziców. To było dość dziwne, bo nigdy na nich nie mogła liczyć, a jednak jeszcze gdzieś tam tliły się w niej uczucia, których sama nie rozumiała. Kiedyś nawet rozmawiała o tym z Łukaszem to było na jakieś parę tygodni przed porodem.

- Wiesz nie rozumiem samej siebie. Tyle złego od nich doświadczyłam, tyle upokorzeń, wieczne awantury, a ja gdzieś tam z tyłu głowy nadal oś do nich czuję.
- Ale przecież to normalne, to są twoi rodzice i chociażby nie wiadomo co robili nadal nimi będą – tłumaczył jej mąż. Była mu wdzięczna za te słowa. Właśnie w takich chwilach i takimi słowami, ale i wieloma czynami udowadniał jej, że ona może na niego liczyć i jest dla niej wsparciem. Łukasz również wiele razy przekonał się, że na swojej żonie może polegać. Dała temu wyraz nie raz i nie dwa. Nawet gdy nie byli małżeństwem, ale później po ślubie również stawała za nim murem i nie miało znaczenia czy w słusznej sprawie czy też nie. Zawsze była po jego stronie. Oboje nie widzieli poza sobą świata. Wielu znajomych śmiało się, że ich niczym nie idzie rozdzielić i to była prawda. Jedynie co ich rozdzielało to noc, kiedy byli tylko parą, a po ślubie praca. Wszędzie razem do sklepu, do lekarza, do urzędu, jednego razu usłyszała od znajomej jedno zdanie.
- Bożena wiesz jak mawiają, gdy nie wiadomo gdzie jest jedno z was? - padło pytanie koleżanki, gdy ta czekała na Łukasza.
- Jak? - odpowiedziała pytaniem.
- Znajdź jedno z nich, a znajdziesz ich oboje – obie dziewczyny wybuchły śmiechem, ale taka właśnie była prawda.

Jeszcze na sali porodowej Bożena musiała podać imię dziecka, oboje z Łukaszem już wcześniej wybrali imiona dla swojego dziecka. Do końca nie chcieli wiedzieć czy będzie dziewczynka czy chłopiec. Dla dziewczynki mieli Wiktoria, a dla chłopca Michał. Cztery dni po porodzie Łukasz odbierał ze szpitala żonę wraz z synem. Przez pierwsze dwa tygodnie wydawało się, że wszystko jest w porządku z jego zdrowiem. Jedynym problemem na drodze do pełni szczęścia stała matka Łukasza. Od momentu narodzin dziecka nie mieli spokoju, a zwłaszcza Bożena. Wiecznie słyszała, że wszystko robi źle. I nie chodziło tylko o to, że nagle nie umie gotować, prać, sprzątać, ale źle ubiera dziecko, źle przewija, źle kładzie i takich źle wynajdywała ta kobieta tysiące aby nie powiedzieć setki tysięcy. Michał miał już jakiś tydzień, gdy młodzi rodzice postanowili postawić się matce i sami bez niej wykąpać syna, co oczywiście spotkało się z wielkim oburzeniem i krytyką ze strony kobiety. Nie dała sobie nic powiedzieć, w końcu młodzi zignorowali to jej zachowanie. W czternastej dobie syna przyszła wiadomość z Instytutu Matki i Dziecka z Katowic, że należy ponownie wykonać badania krwi dziecka. Bożena była załamana, bo według wyników ich syn miał mieć problemy z tarczycą, ale po kolejnej serii badań wyszło, że to fałszywy alarm. Młodzi odetchnęli a ulgą. 
 
Wreszcie nadszedł dzień kiedy oboje szli z małym na pierwszą wizytę do lekarza i nawet przez myśl im nie przeszło, że ten dzień skończy się kłótnią.
- Jak wyście go ubrali? – mówiła ze złością w głosie teściowa Bożeny.
- Jak to jak? Normalnie – odpowiedział Łukasz.
- Dziecko do lekarza powinno być ubrane na biało, a nie na kolorowo – mówiła podniesionym głosem.
- Pozwoli mama, że to my wraz z Łukaszem będziemy decydować w co i jak ubieramy nasze dziecko – odpowiedziała zdenerwowana Bożena.
- Ty się nie odzywaj, bo nie jesteś u siebie – wrzasnęła teściowa.
Nagle do kuchni wszedł partner teściowej i próbował załagodzić sytuację.
- Daj im spokój, po co się wtrącasz – mówił, a co tylko spotęgowało złość kobiety.

Michał miał już skończone trzy miesiące i Bożena chciała iść do pracy aby odciążyć nie co męża, bo ten wciąż poza pracą nadal chodził do sąsiadów i w ten sposób dorabiał. Ale ten pomysł spotkał się z dużą dezaprobatą ze strony teściowej.
- Jak wy to sobie wyobrażacie, że wy będziecie mi zostawiać małego i chodzić do pracy. Ja swoje już wychowałam, skoro założyliście rodzinę to sobie radźcie sami – usłyszeli.
Mimo tego Bożena poszła do pracy Łukasz dogadał się w swoim zakładzie i tak ustawiany miał grafik aby mógł zmieniać żonę, gdy ta szła do pracy. Ale życie tej dwójki nie zamierzało ich oszczędzić, miesiąc później kobieta musiała zrezygnować z pracy, bo u ich małego synka zdiagnozowano napięcie mięśniowe. Zaczęły się wędrówki po lekarzach, a później rehabilitacja trwająca kilka miesięcy. Ta dwójka młodych rodziców robiła dosłownie wszystko aby ich dziecko wyprowadzić z tej choroby. I gdy wydawało się, że wyszli zwycięsko z tej walki na ich barki spadła kolejna zła wiadomość odnośnie zdrowia Michałka. Mały miał skończone dziewięć miesięcy, gdy Bożena była na badaniach kontrolnych. Łukasz był w pracy do osiemnastej więc musiała tym razem pójść sama. Z wizyty wróciła z zapłakanymi oczami i głową pełną najczarniejszych myśli.
- Bożenka co się stało – zapytał Łukasz jak tylko weszła do mieszkania.
- Lekarka twierdzi, że Michałek ma problem z serduszkiem i dała skierowanie do kardiologa – mówiła zanosząc się płaczem.
- A nie mówiłam, że tak może być – usłyszała za plecami głos teściowej.
- Mamo, możesz przestać – odezwał się niemniej wstrząśnięty tymi wieściami Łukasz.
Siedzieli oboje na kanapie i zastanawiali się co dalej, gdy nagle Łukasz wstał i tylko powiedział.
- Ja zaraz wrócę.
Rzeczywiście wrócił po kilku minutach mówiąc 
- Miśka daj mi to skierowanie małego - ta chociaż nie bardzo wiedziała po co mu, chwyciła za książeczkę zdrowia dziecka wyjęła i podała mężowi to o co prosił, a ten ponownie zniknął za drzwiami. Po godzinie siedział i wyjaśniał żonie co udało się załatwić.
- Mamy umówioną wizytę u doktor Bogusiak już na poniedziałek na godzinę dziewiątą – mówił. Bożena przypatrywała się na męża i była w szoku.
- Jak to już na poniedziałek?
- Tak, byłem u Włodka i on zadzwonił do tej pani doktor, a że się dobrze znają ustalił nam wizytę na poniedziałek. Widzisz, a tak narzekałaś, że tyle czasu tam spędzam.
To fakt, wiele razy mówiła, że Łukasz dużo czasu tam spędza i im tak pomaga. Ale teraz to się przydało. I tak w poniedziałek mieli wizytę w poradni kardiologicznej, gdzie stwierdzono niewielką wadę serca.
- Proszę się nie martwić, po tym zabiegu wasz syn będzie zdrów jak ryba – próbowała ich pocieszać doktor Bogusiak – usunięcie tej wady można wykonać w dwójnasób albo przez otwarcie klatki piersiowej lub przez aortę w udzie. To już zależy od państwa jaki sposób wybieracie.
- A na czym polega cały zabieg? - dopytywali się.
- W serduszku państwa syna nie zamknął się albo i ponownie otworzył się kanalik, który tak jak pępowina odpowiadał za życie dziecka w łonie matki – tłumaczyła im lekarka – i teraz musimy go ponownie zamknąć za pomocą niewielkiego tamponika lub też sprężynki, która z czasem się wchłonie – słuchali tego wszystkiego i mieli nadzieję, że wszystko się uda.
- Więc jaka jest państwa decyzja względem rodzaju zabiegu?
- Ta bez otwierania klatki piersiowej – odpowiedzieli bez namysłu.
- Mądry wybór – pochwaliła ich – ale taki zabieg przeprowadzany jest w Zabrzu w Klinice Kardiochirurgicznej – dodała.
- Nic nie szkodzi, najważniejsze aby nasz synek był zdrowy – usłyszała od nich i już chwytała za swój notes i spisała im numer telefonu do tamtejszej kliniki po czym dodała – widzimy się po wszystkim u mnie w gabinecie. Ze łzami w oczach dziękowali jej.
I tak jak z wizytą u doktor Bogusiak tak i tym razem zadziałali sąsiedzi wykonując tylko jeden telefon, a po nim mieli ustalony termin na dziesiąty styczeń dwa tysiące piątego roku było to niespełna trzy miesiące od wykrycia niepokojących objawów przez pediatrę ich syna. Do dnia zabiegu czas wlókł im się nie miłosiernie. Łukasz starał się nie okazywać, że się boi, ale Bożena była jednym wielkim kłębkiem nerwów. Wciąż smutna, rozdrażniona, a dodatkowo teściowa wciąż wbijała co jakiś czas jej szpilę w plecy była u kresu wytrzymałości. Łukasz wspierał jak tylko mógł, ale i jemu było ciężko. Po raz kolejny byli z tym wszystkim sami.
 
Wreszcie nadszedł dzień kiedy to Bożena miała wstawić się z synem w klinice w Zabrzu. W drodze do kliniki towarzyszyła jej teściowa, która oczywiście po powrocie do domu nie omieszkała wylać trochę jadu na swoją synową do syna i twierdzić, że są jej winni pieniądze.
- Musiałam zapłacić dodatkowo za wózek, bo nie było w nim dziecka - mówiła z pretensjami do syna.
- A my mówiliśmy mamie aby ten wózek tam zostawić - odparł Łukasz.
- Ta i jeszcze by ukradli - odparła.
Łukasz już nic nie odpowiedział i dla świętego spokoju oddał matce pieniądze.

 Przeprowadzono dziecku kolejne badania i ustalono, że zabieg odbędzie się w czwartek trzynastego stycznia o godzinie trzynastej i jeśli nie będzie żadnych komplikacji to już dwa dni później wyjdą do domu. Bożenka zaraz po uzyskaniu informacji zadzwoniła do Łukasza. A on również przekazał jej co zrobiła jego matka. Była w szoku, ale z drugiej strony nie dziwiło ją zachowanie teściowej. 
Do dnia zabiegu do Bożeny dzwonił tylko Łukasz oraz chrzestna Michałka. Oboje byli jej wdzięczni  za to, a zwłaszcza Bożena. 
CDN...