piątek, 24 maja 2019

MOJE WSZYSTKO I NIC część XI

Z uśmiechem na ustach pokiwała twierdząco głową i zatrzymała się tuż przed wejściem do swojego bloku.
- Nazywam się Dominik a ty?
- Bożena.
- Już myślałem, że dziś znów cię nie zobaczę – rzekł jakimś dziwnym tonem głosu.
- Wczoraj późno kończyłam szkołę. Dzisiaj skończyłam wcześniej, bo nauczycielka historii była na wyjeździe ze swoją klasą – odparła.
- Ty zawsze tak późno wracasz?
- Zazwyczaj, a w środy dopiero wieczorem.
Chciał coś jeszcze powiedzieć lecz usłyszeli jak wołają go koledzy.
- Przepraszam cię, ale muszę wracać do pracy.
- Nic nie szkodzi. Ja również muszę już iść – odpowiedziała.
Była już w progu, gdy usłyszała za plecami głos Dominika.
- Zobaczymy się jeszcze?
- Może tak…
Weszła do mieszkania z twarzą rozciągniętą w szerokim uśmiechu.
- A coś ty taka uradowana? - usłyszała.
- Nie nic… Po prostu mam dzisiaj wyjątkowo dobry humor – odparła wymijająco matce.
Nie uważała, że powinna się jej zwierzać.
- Jak już jesteś to może poszłabyś do sklepu, bo nie kupiłam żadnej surówki do obiadu.
Bożena bez słowa zgodziła się.
- Boże co się ze mną dzieje? - zastanawiała się.
Nawet wyjście tego dnia z psem było czymś co ją cieszyło a co dotychczas uważała za jakiś dopust boży. Tego dnia nie potrafiła nawet skupić się nad lekcjami.
Było kilka minut przed piętnastą, gdy postanowiła wyjść z domu. Niby nic takiego. Z lekcjami się uporała, ale zostało jeszcze powtórzenie materiału na poniedziałek. Postanowiła zostawić to na niedzielne przedpołudnie. Najzwyczajniej w świecie chciała zobaczyć jeszcze raz Dominika. Jeśli nawet nie byłoby im dane tego dnia już pogadać, to przynajmniej go zobaczy. Nie rozumiała sama siebie.
- Coś z moją głową chyba nie tak. Zamiast siedzieć nad książkami ja lecę na dwór, aby pogapić się na jakiegoś gościa – rugała się w myślach siedząc na ławce.
- O czym tak rozmyślasz? - usłyszała za plecami. Odwróciła się z uśmiechem, bo już znała ten głos.
- Tak sobie siedzę. Ładna pogoda, to szkoda siedzieć w domu – odparła.
- To fakt.
- Wy już po pracy? - zadała jak się zdawało głupie pytanie, ale w tamtej chwili nie przychodziło jej nic innego do głowy.
- Tak na dzisiaj już koniec – odparł - Masz może jutro czas? - zapytał po chwili.
Spojrzała na chłopaka i przez moment nie umiała wydusić z siebie słowa. Czyżby chciał się umówić?
- Raczej tak, ale dopiero popołudniu – wyjąkała.
- Świetnie, to może byśmy się spotkali. Ja bym przyjechał po ciebie tak około szesnastej.
- Może być – odparła.
- Dziękuję. Dziś się już pożegnam. Właśnie przyjechał po nas samochód – wyciągnął do niej dłoń. Podała mu swoją i lekko uścisnęła.
Przez resztę dnia zastanawiała się czy dobrze zrobiła umawiając się na randkę z Dominikiem. Naprawdę jej się podobał ten szczupły, wysoki z burzą kręconych włosów i szczerym spojrzeniem, chłopak. Wieczorem jednak wpadła w panikę.
- Co ja jutro ubiorę? Przecież nie mam nic takiego, co mogłabym ubrać na randkę.
Zerwała się z krzesła i zaczęła przeglądać zawartość swojej szafy. To jej zachowanie zdziwiło Zygmunta.
- Co ty robisz?
- Przeglądam szafy, bo jestem na jutro umówiona z koleżankami z podstawówki – skłamała ojcu. Wiedziała doskonale, że gdyby powiedziała prawdę to jutrzejsze wyjście stałoby pod znakiem zapytania. Nie chciała przed rodzicami nic ukrywać, ale jeśli miałaby już wybierać, to na temat tej randki wolała porozmawiać z matką, której akurat nie było, bo pracowała na popołudniową zmianę.
W końcu znalazła coś, co mogła na siebie włożyć. Wybrała spódnicę sięgającą do połowy uda a do niej bluzeczkę z krótkim rękawem. Jeszcze nie miała pojęcia, że tym strojem wywoła awanturę w domu.
- Mamusiu czy mogę skorzystać z twojego dezodorantu? - poprosiła matkę, gdy przebrana szykowała się do wyjścia. Agata zgodziła się. Już wiedziała dokąd wybiera się córka.
- Mamusiu umówiłam się na dzisiaj z chłopakiem – powiedziała matce, gdy obie poszły na zakupy. Często tak bywało, że w sobotnie przedpołudnie dziewczyna towarzyszyła matce podczas zakupów.
- Co to za chłopak? – matka wykazała zainteresowanie.
- To jeden z tych robotników – odparła.
- Wiesz, że ojciec tego nie pochwali?
- Tak wiem – odparła ze smutkiem w głosie.
- Dobrze, zrobimy tak: powiemy mu, że idziesz do koleżanki – wpadła na pomysł matka. Bożenka nie chciała przyznać się, że to samo powiedziała ojcu dzień wcześniej.
- Dziękuję – wydukała.
- Ale masz wrócić o przyzwoitej porze – dodała.
- Najpóźniej będę o dwudziestej – odpowiedziała. Agata przystała na tę godzinę
- Coś ty na siebie włożyła? - usłyszała surowy ton głosu ojca i już wiedziała, że ma przechlapane .
- No co?
- Natychmiast masz się przebrać – grzmiał Zygmunt.
- Zygmunt przestań – stanęła w jej obronie matka.
- Czy ty nie widzisz jak ona wygląda!? - teraz wrzeszczał na żonę.
- Normalnie – wyartykułowała z naciskiem. - . Ona ma już osiemnaście lat. Jest dorosła – odparła jeszcze dość spokojnie kobieta.
- I co z tego? - padały kolejne pytania. Sama Bożena stała i zalewała się łzami.
- No tak córunia tatunia. Gdybyś tylko mógł to zamknąłbyś ją na klucz w domu i kazał chodzić w worku pokutnym! –Agata coraz bardziej podnosiła głos.
Tę kłótnię przerwało pukanie do drzwi.
- Bożena do ciebie – usłyszała głos brata.
Podeszła do drzwi, a w nich ujrzała koleżankę z klatki obok.
- Bożena jakiś facet prosił, abym przekazała ci, że czeka na ciebie na dole – usłyszała.
- Powiedz mu, że zejdę za pięć minut – odpowiedziała koleżance.
W pośpiechu ruszyła do łazienki. Przemyła twarz zimną wodą i wybiegła z domu.
- Cześć – przywitali się jednocześnie.
- Czemu masz zapłakane oczy? – Dominik przyglądał jej się z troską
- Przed twoim przyjściem oglądałam film, na którym zawsze się wzruszam – skłamała. Nie chciała, żeby wiedział o tym jakie ona ma ciężkie życie a przynajmniej jeszcze nie teraz.
- Taka z ciebie romantyczka? Dobrze wiedzieć – rzekł. – Co robimy zresztą popołudnia? – zapytał.
Ruszyli spacerkiem w kierunku parku. Bożenka w końcu wyciszyła te złe emocje i nieco rozluźniła się. Spacerowali już jakiś czas, gdy Dominik zaproponował herbatę i ciastko w niewielkiej knajpce znajdującej się niedaleko parku. Zgodziła się.
Siedząc przy kawiarnianym stoliku oboje usiłowali dowiedzieć się czegoś o sobie. Poznawali się. Najpierw ona dowiedziała się trochę o nim i w rewanżu rzuciła również garść informacji o sobie, chociaż zrobiła to dość wybiórczo. Wyznała mu wprawdzie, że rodzice lubią zaglądać do kieliszka, ale już nie powiedziała jak traktują ją samą. Kiedy wyszli z lokalu przed ich oczami ukazała się starsza pani z kwiatami. Dominik niewiele myśląc kupił od kobiety jedną różę.
- Proszę to dla ciebie – rzekł i wręczył kwiat dziewczynie.
- Dziękuję – odparła zawstydzona.
Wracali. Było już po osiemnastej. Spacerkiem dotarli w pobliże jej osiedla.
- Odprowadzisz mnie na przystanek? - zapytał.
- Jasne, chodźmy – odparła.
Do przyjazdu autobusu mieli jeszcze trochę czasu, co pozwoliło Dominikowi zadać nurtujące go pytanie.
- Bożenka chciałbym cię jeszcze o coś zapytać, ale obawiam się twojej reakcji – mówił.
- Pytaj – odparła.
- Wiem, że dzieli nas dość spora różnica wieku, bo aż osiem lat… - urwał na chwilę, spojrzał w jej oczy i po chwili dodał – czy zostaniesz moją dziewczyną?
Bożenka przez chwilę stała jak wryta i nie mogła wydusić z siebie głosu.
- Proszę, powiedz czy się zgadzasz – prosił Dominik.
- Zgadzam się – odparła zarumieniona.
Objął ją i po raz pierwszy pocałował. Ona nieśmiało oddawała te pocałunki.
Dominik odjechał umawiając się z nią na następny dzień a ona czuła się tak, jakby unosiła się kilka centymetrów nad ziemią.
- Bożena zaczekaj – usłyszała męski głos. Odwróciła się i zdębiała na ten widok.
- Co ty tu robisz? – pytała, gdy tylko ten podszedł.
CDN...

piątek, 17 maja 2019

MOJE WSZYSTKO I NIC część X

Czas płynął swoim trybem, a w życiu tej dorastającej dziewczyny nie zmieniło się wiele. W domu coraz więcej awantur po każdej pijackiej libacji. Częściej niż dotychczas chodziła głodna, bo rodzice mieli pieniądze na alkohol, ale nie na jedzenie. Ją samą obciążali większą ilością obowiązków co skutkowało pogorszeniem wyników w nauce. Bożenka w duchu obiecywała sobie tylko jedno.
 - Jak tylko ukończę osiemnaście lat będę robić to co będę chciała.
Nie miała pojęcia, że to tylko jej pobożne życzenie.
W szkole odsunęła się od reszty, tylko z Justyną i Karoliną utrzymywała relacje. Ludzie w jej klasie zaczęli z niej drwić i wyśmiewać się. Odstawała od reszty, bo oni mieli wszystko nowe począwszy od podręczników szkolnych po ubrania.
Agata odkrywszy sklepy z odzieżą używaną zaczęła tam kupować garderobę córce.
 - Dlaczego nie kupisz mi nowych spodni? - nieśmiało zapytała jednego razu Bożena.
 - Właśnie kupiłam Przemkowi nowe buty i bluzę – usłyszała.
 - Acha to on może mieć nowe, a ja mam chodzić w starych – odpyskowała matce.
 - Nie pyskuj – padło ze strony ojca, a matka chwilę później użyła swojego ulubionego powiedzonka.
 - Jeszcze mi za mleko nie zapłaciłaś.
Dziewczynie w oczach stanęły łzy.
 - Gdy będę dorosła, to wreszcie będę mogła robić co zechcę – odburkiwała.
 - Żebyś się nie zdziwiła – usłyszała.
Nastał rok dziewięćdziesiąty ósmy. Ludzie z klasy organizowali urodziny tak ważne dla każdego młodego człowieka. Ona sama z początkiem roku z nieukrywaną nieśmiałością zapytała rodziców czy pozwolą jej zorganizować osiemnaste urodziny.
 - Ty chyba nie masz po kolei w głowie. Sądzisz, że my z ojcem nie mamy na co wydawać pieniędzy? Mowy nie ma.
 - Ale inni z klasy wyprawiają. Nawet zostałam zaproszona przez koleżanką na takie urodziny – próbowała przekonać rodziców.
 - A co nas to może obchodzić. Ty i tak nigdzie nie pójdziesz – usłyszała surowy ton głosu ojca.
W tym momencie już wiedziała, że nie ma szans i odwróciwszy się na pięcie udała do swojego pokoju. Runęła na łóżko i ukrywszy twarz w poduszkę zaniosła się płaczem.
Faktem było, że kilka osób zapraszało ją na urodziny, lecz ona odmawiała tłumacząc się brakiem czasu lub gdy nie przyszła, złym samopoczuciem.
Nadszedł dzień jej urodzin. Siedziała zamknięta we własnym małym pokoiku prawie cały dzień. Żałowała, że to środek tygodnia i do południa musiała iść do szkoły. Uprosiła matkę dzień wcześniej o kupno kilku cukierków, by móc poczęstować nimi ludzi z klasy. I te kilkadziesiąt życzeń z klasy były jedynymi jakie usłyszała tego dnia. Rodzina nawet się nie zająknęła w tym temacie. Tydzień później jechała do Radomska razem z rodzicami i bratem. Tam również nikt nie pamiętał o jej święcie.
 - Jaka ja byłam głupia. Co roku wysyłałam pocztówki z życzeniami z okazji urodzin, imienin, dnia babci i dziadka. Koniec z tym. Jak oni mnie tak ja ich – postanowiła.
Tego dnia zrozumiała, że została sama. Niby miała rodzinę i to jak liczną, ale była osamotniona.
Kilka dni po powrocie do Sosnowca spotkała się z kuzynką od strony ojca.
 - Co dostałaś od dziadków na osiemnastkę? - pytała kuzynka.
 - Nic – odparła – a ty dostałaś coś? - zapytała. Kuzynka była od niej starsza o trzy lata. Doskonale pamiętała jak to posprzeczały się wówczas.

Ewa przyjechała z zaproszeniami na swoje osiemnaste urodziny.
 - To co Ewuniu będzie osobno dla dorosłych a osobno dla pozostałych? - pytał ją Zygmunt.
 - Tak wujku – odpowiedziała.
Ewka wraz ze swoim bratem byli pupilami i najukochańszymi siostrzeńcami Zygmunta i Agaty.
Bożena siedziała i czekała na swoje zaproszenie, ale się nie doczekała. Usłyszała tylko - Bożena ciebie wpisałam na jedno zaproszenie z rodzicami.
 - Co? Ty chyba żartujesz. Możesz być pewna, że nie będzie mnie na tych urodzinach – odpowiedziała.
 - Dlaczego? - pytała zdziwiona kuzynka.
 - Czy ty sądzisz, że ja mam pięć lat i wszędzie będę chodzić za rączkę z mamusią i tatusiem? Jeśli tak to jesteś w błędzie – odparła i wyszła z domu.

 - Dostałam od babci i dziadka komplet pościeli, kilka ręczników i dwieście złotych – ta odpowiedź zszokowała Bożenę.
 - A jak tam twój chłopak? Słyszałam, że się pogodziliście – zmieniła szybko temat.
 - Dobrze słyszałaś. Wyjaśniliśmy sobie wszystko, a on obiecał więcej nie pić – usłyszała.
Ewa miała już dwadzieścia jeden lat i chłopaka, który był tak jak rodzice obu dziewczyn lubił zaglądać do kieliszka.
Była połowa czerwca, wtorek lub środa, gdy Bożenka szykowała się do szkoły na czternastą. Niespodziewanie około godziny jedenastej zakręcono wodę, co wprawiło Bożenę w prawdziwą furię.
 - Cholera jasna! – krzyknęła z łazienki.
 - Bożena co tak bluzgasz. Co się dzieje? - pytała matka.
 - Znowu zakręcili wodę. Jak mam umyć głowę? - odparła podniesionym głosem.
 - Zrób koka i nie będzie widać – usłyszała w odpowiedzi.
 - I co jeszcze – odparła jednocześnie kierując się w stronę okna.
Doskonale wiedziała kto stoi za zakręceniem wody. Od kilku tygodni na osiedlu trwały roboty związane z wymianą rur. Wyjrzała przez okno i szlak ją trafił po tym co ujrzała. Ludzie zajmujący się tą pracą siedzieli podpierając blok i nie robili nic.
 - Czy można wiedzieć, kiedy macie zamiar odkręcić tę cholerną wodę! – krzyknęła w ich kierunku.
Kilka par oczu spojrzało w jej kierunku.
 - Około godziny piętnastej droga pani – padło z ust jednego z robotników.
 - Chyba sobie żarty robicie. Ja za godzinę muszę wyjść do szkoły, a nie mogę nawet się umyć – krzyczała.
Podczas jej wymiany zdań z jednym z nich dwóch innych coś szeptało sobie do ucha. Chwilę później jeden z robotników wstał i udał w tylko sobie znanym kierunku.
 - Zaraz będzie woda – usłyszała. – Dla pani wszystko – padło, gdy ona już odchodziła od okna.
Tak też było. Jakiś kwadrans później ona już suszyła włosy za pomocą suszarki.
Wychodziła już z klatki, gdy jeden z tych młodych mężczyzn czekał na nią.
 - Mogę zająć ci chwilkę? - zapytał.
 - Przykro mi, ale przez was nie mam już czasu – odpowiedziała będąc na nich wściekła.
 - Tylko pięć minut – nie ustępował.
 - Przykro mi, ale nie – odparła i niemalże biegiem ruszyła na przystanek autobusowy.
W szkole opowiedziała Justynie i Karolinie o tym młodym chłopaku.
 - Trzeba było z nim pogadać – usłyszała od jednej z nich.
 - Jasne i spóźniłabym się do szkoły. Już i tak ledwo zdążyłam na ten autobus – mówiła, chociaż w duchu żałowała, że nie dała mu szansy na rozmowę. - Cóż może jutro mi się uda z nim pogadać. Wprawdzie kończymy jutro przed piętnastą, ale może jeszcze będą – pomyślała.
Los chciał jednak inaczej i następnego dnia nie miała okazji spotkać chłopaka. Ta nadarzyła się dopiero w piątek. Wróciła za szkoły dużo wcześniej bo całą klasę zwolniono z dwóch ostatnich godzin.
 - Cześć, złośnico – usłyszała tuż za sobą.
 - Witam – odparła nie zatrzymując się.
 - Czy dzisiaj masz czas? - padło z ust mężczyzny.
CDN...

piątek, 10 maja 2019

MOJE WSZYSTKO I NIC część IX

Bożena wróciła po wakacjach do szkoły, ale coraz bardziej czuła się osamotniona. Czasami chciała najzwyczajniej w świecie komuś się wyżalić, przytulić, usłyszeć jakieś miłe słowo. Niby była Justyna, ale nie nadawała się do tego. Zresztą nawet ona nie znała całej prawdy o tym co się dzieje w domu Bożenki. Wiedziała tylko, że jej ojciec i matka są bardzo surowi i wymagający. Ona wciąż nie umiała się przełamać i opowiedzieć o tym jak jest w rzeczywistości. Każdy jej wybuch płaczu wszyscy składali na karb jej wrażliwości nie mając świadomości, że ona już w wieku szesnastu lat miała nerwicę i gdy tylko coś się nie udawało, wywoływało u niej płacz.
Ze szkoły zazwyczaj wracała do domu, ale gdy dopisywała pogoda włóczyła się bez celu po okolicy. Tak było i tego dnia.
 - Bożena twoja mama leży pijana – usłyszała jednego razu od koleżanki z bloku.
 - Gdzie? - zapytała. Tamta tylko wskazała jej kierunek. Wstała z ławki i ruszyła w stronę, gdzie miała znajdować się matka. Wkrótce natknęła się na nią. Z trudem ją podniosła i zarzuciwszy jej bezwładną rękę na szyję usiłowała zaprowadzić do domu. Będąc w połowie drogi zauważyła idącego z kolegami Przemka. Zawołała go, ale on zdawał się jej nie słyszeć. Ostatkiem sił udało jej się doprowadzić matkę do domu. To jednak jak się okazało, nie był koniec atrakcji tego dnia. Godzinę później, gdy wychodziła z klatki schodowej przed blokiem spotkała ojca będącego w identycznym stanie nieważkości co matka. Bez zastanowienia chwyciła go za rękę i zaczęła wciągać na drugie piętro. Resztką sił wepchnęła go do mieszkania i zamknąwszy drzwi na klucz, wyszła. Usiadła ponownie na ławce bezmyślnie patrząc przed siebie.
 - Bożena coś ty taka nieobecna? – usłyszała za sobą.
 - A Beata, cześć. Nie nic, tak sobie siedzę. Nie chce mi się wracać do domu – odparła.
 - Weź nie ściemniaj, gadaj co się dzieje – ponaglała ją koleżanka.
Przez chwilę siedziały obie w milczeniu. W końcu Bożena przerwała tę ciszę.
 - Mam już wszystkiego dość. Widziałaś moich starych? Oboje pijani. Boże, jak ja bym chciała mieć chłopaka. W klasie połowa dziewczyn ma już chłopaka a ja jak ten palec.
 - Chcesz, mogę ci załatwić chłopaka. Znam takiego, ale on nie mieszka w Sosnowcu tylko w Katowicach.
 - A możesz z nim pogadać? - poprosiła Bożena koleżankę.
 - Jasne. Jutro będę się z nim widziała z szkole.
Beata okazała się dość słowną osobą i umówiła ich ze sobą na najbliższą sobotę.
 - Poznajcie się to jest Leszek, a to Bożena – przedstawiła ich sobie Beata, by po chwili zniknąć jak kamfora zostawiając ich samych.
Chłopak nie zrobił na Bożenie jakiegoś specjalnego wrażenia. Nie chodziło o urodę, ale o sposób bycia. Był jakiś dziwny. Po spotkaniu mówiła o tym koleżance.
 - Bożena, to wasze pierwsze spotkanie i może dlatego tak sztywno było – snuła domysły Beata.
Chcąc dać chłopakowi drugą szansę uznała, że koleżanka może mieć rację więc spotkała się z Leszkiem jeszcze kilka razy, ale jakoś nie wiedzieć czemu za każdym razem było tylko gorzej. Ostatecznym powodem rozstania okazała się próba zaciągnięcia jej do łóżka.
 - Nie bądź taka święta – usłyszał
 - Leszek, nie – odparła mu stanowczym głosem i odwróciwszy się wstała z kanapy i wyszła od niego. To był ostatni raz kiedy go widziała.
Wiosną okazało się, że Justyna jest chora. Miała jakieś problemy ze wzrokiem i nie wolno jej było dźwigać ciężkich rzeczy. Rodzice dziewczyny starali się ustalić jak najszybciej termin zabiegu, lecz najbliższy wyznaczono dopiero za pół roku. Justynę do szkoły miał wozić ojciec, ale ta nawet nie chciała o tym słyszeć.
 - Bożena jak to będzie wyglądać? To przecież wstyd.
 - Justyna, wiesz dobrze, że to dla twojego dobra – próbowała przekonać koleżankę.
 - Wpadniesz na weekend? - Justyna zmieniła nagle temat.
 - Zapytam rodziców, ale raczej nie powinni mieć nic przeciwko – odparła. Dosyć często zdarzało jej się nocować u Justyny. To był dobry pretekst, żeby uciec z domu i od nieprzyjemnych scysji z rodzicami. Zazwyczaj głównym argumentem, który miał ich przekonać do wyrażenia zgody była deklaracja wspólnej nauki. Tym razem też się nie sprzeciwiali więc Bożena już w piątek po szkole jechała najpierw do domu po kilka swoich rzeczy a potem do koleżanki. Wracała przeważnie w niedzielę wieczorem.
 Siedziała wraz z Justyną i jej mamą w kuchni pomagając szykować kolację, gdy ta pierwsza zwróciła się z pytaniem do matki. - Mamo, a może na te ostatnie dwa miesiące Bożenka by z nami zamieszkała i pomagała z plecakiem?
 - Ja nie mam nic przeciwko temu, – odparła kobieta -  ale nie wiadomo co na to powie tata a przede wszystkim rodzice Bożenki.
Justyna podniosła się zza kuchennego stołu i przeszła do pokoju, aby przekonać ojca do swojego planu. Ten nie widział problemu.
 - A ty co o tym sądzisz Bożenko? Myślisz, że rodzice są zgodzą? - pytała mama Justyny.
 - Nie wiem. Trudno mi powiedzieć. Myślę, że gdyby na przykład pani z nimi porozmawiała i wyjaśniła w czym rzecz, to chyba tak.
 - Może jutro byśmy pojechały do twoich rodziców?
 - Czemu nie. Możemy jechać, ale najlepiej do południa – odparła.
Ta propozycja wydała się Bożence darem od losu. Pomyślała, że przez dwa miesiące nie będzie musiała być świadkiem libacji i pijaństwa swoich rodzicieli.
W sobotnie przedpołudnie Bożena wraz z Justyną i jej mamą zawitały w domu tej pierwszej. Jechała z duszą na ramieniu i modliła się w duchu, żeby jej rodzice byli trzeźwi. Te modlitwy zostały wysłuchane. W dodatku ani Agata, ani Zygmunt nie mieli nic przeciwko by ich córka w okresie od połowy maja do końca roku szkolnego mieszkała gdzie indziej. Ona sama odetchnęła z ulgą. Spakowała do torby podróżnej niezbędne ubrania oraz wszystkie zeszyty i podręczniki. Ten pobyt pozwolił jej wyciszyć się i odpocząć. W tę pamiętną sobotę wieczorem zwierzyła się Justynie i jej rodzicom jak jest naprawdę u niej w domu. Współczuli jej bardzo.
 - Nie martw się u nas odpoczniesz od tego wszystkiego.
Pewnego dnia dziewczyny wpadły na pomysł, aby wspólnie spędzić wakacje.
 - Wiesz, mogłybyśmy pojechać do moich dziadków na wieś. Co o tym myślisz? - zaproponowała Bożena.
 - Świetny pomysł.
Pochwaliły się swoim planem z rodzicami Justyny. Ci nie widzieli problemu i zgodzili się od razu. Pozostało porozmawiać z dziadkami Bożeny.
Następnego dnia już wiedziały, że ich wakacyjny projekt na pewno wypali. Następnego dnia po odebraniu świadectw wyjechały na miesiąc do Bożenki dziadków. Jednak to, co piękne i dobre szybko się kończy i tak z początkiem sierpnia obie wróciły do Sosnowca z tym, że każda do swojego domu. Ostatni miesiąc wakacji miały spędzić osobno. Bożenka nie wyjeżdżała już nigdzie i szybko tego pożałowała. Rodzice postanowili „umilić” jej ten czas i prawie nie trzeźwieli a ona musiała robić w domu wszystko.
CDN...

piątek, 3 maja 2019

MOJE WSZYSTKO I NIC część VIII

Na jakieś dwa miesiące przed końcem roku okazało się, że Przemek ma problemy zdrowotne. Od jakiegoś czasu uskarżał się na ból ucha. Agata natychmiast udała się z synem do lekarza, który zdiagnozował u niego polipa. W efekcie musiał przejść, jak to mówili lekarze, nieskomplikowany zabieg usunięcia narośli. Na przełomie dziewięćdziesiątego piątego i dziewięćdziesiątego szóstego roku okazało się po kolejnej wizycie kontrolnej w szpitalu, że brat Bożenki ma zmiany nowotworowe. Agata wraz z Zygmuntem rwali sobie włosy z głowy i stawali niemalże na głowie, aby ich ukochany syn był zdrowy. Za to sama Bożenka odczuwała coś na kształt radości, nawet przez ułamek sekundy nie współczuła bratu.
 - To kara za to jaki jest wobec mnie – myślała. – Co się ze mną dzieje? Dlaczego jestem taka wobec własnego brata? - przychodziła zaraz refleksja.
Prawdą było, że to jej zachowanie było nieco dziwne. Była dziewczynką bardzo wrażliwą, żeby nie powiedzieć za bardzo. Potrafiła płakać z byle powodu. Smutna piosenka była w stanie wywołać łzy, wzruszająca scena z filmu powodowała to samo. Natomiast choroba brata wywoływała jakąś dziwną radość. Nie rozumiała sama siebie.
Wciąż jej priorytetem była nauka czego efektem były dobre oceny. Mimo to coraz bardziej odstawała od reszty osób w klasie. Nadal trzymała się z Justyną, ale zaczynała unikać kontaktów z innymi. Nikt jakoś się tym nie przejmował. W samej klasie porobiły się grupki. Owszem wciąż obowiązywała zasada jeden za wszystkich wszyscy za jednego. Pod tym względem ta klasa była bardzo zgrana. Kiedy był dzień wagarowicza to uciekali ze szkoły razem. Takich sytuacji było wiele. Bożence kilka zapadło nawet w pamięci. Jedną z nich były Mikołajki.
 - Posłuchajcie w Katowicach w Spodku organizują Mikołajki – padło z ust jednego z uczniów.
 - I co w tym względzie? - ktoś zapytał.
 - Dzień dobry pani profesor – powiedzieli chórem do idącej nauczycielki z ekonomii, a z którą mieli mieć właśnie zajęcia.
 - To może urwiemy się z lekcji? - rzucił ktoś inny.
 - Niezły pomysł.
I tak od słowa do słowa uzgodnili, że jadą do Katowic. Na miejscu okazało się, że trzeba mieć bilety na wejście. Zrezygnowani i zmarznięci szwendając się bez celu nie wiedzieli co ze sobą począć. Przechodzili właśnie obok jakiegoś banku, gdzie drzwi otwierały się samoczynnie. Uznali, że to dobry pretekst do zabawy. Podchodzili i gdy tylko drzwi się otwierały, odchodzili. W końcu przegonił ich pracownik ochrony. Dotarli do przystanku i podjęli decyzję o powrocie do szkoły. Całą klasą pojawili się na ostatniej lekcji czym zaszokowali nauczyciela z historii.
 - No moi drodzy jeszcze takich rzeczy nie widziałem, aby uczeń wracał do szkoły z wagarów.
 - Panie profesorze, a pani z ekonomii bardzo była zła?
 - Na waszym miejscy bym się już zaczął modlić – usłyszeli w odpowiedzi.
Faktycznie, gdy następnego dnia mieli ekonomię ilu ich było tyle jedynek poleciało do dziennika bez możliwości poprawy. Nauczycielka zrobiła kartkówkę z lekcji, która się nie odbyła. Oni wiedząc, że to ich wina podpisali kartki, napisali pytania podyktowana przez nauczycielką, zebrali je oddając i wstając przeprosili za swoje zachowanie.
Od jakiegoś czasu Bożenka sygnalizowała rodzicom, że nie ma butów.
 - Pojedziemy w piątek na targ i kupimy – usłyszała jednego dnia od matki.
No, ale jak to z jej rodzicami bywa, nie mieli zamiaru dotrzymać słowa. W piątek po pracy jej rodzice do domu wrócili ze znajomymi, a to oznaczało libację. Oczywiście najpierw Bożence oberwało się, że śmiała wziąć się za naukę, a nie za obowiązki w domu.
 - Agata, czy ty nie przesadzasz? Dziewczyna uczy się na piątkach, nie musisz jej gonić do nauki i jeszcze ją za to ganisz? - usłyszała Bożenka, gdy jedna z koleżanek matki stanęła w jej obronie. Po tej uwadze matka dała jej spokój.
 - Mamusiu mieliśmy jechać po buty – odezwała się Bożenka, gdy matka szykowała coś na stół dla gości.
 - Bożena nie truj. Widzisz, że mamy gości – usłyszała dziewczynka.
Rozmowę tę słyszało kilka innych osób.
 - Agata daj jej pieniądze i niech jedzie sama – padło z ust kolegi ojca.
 - Pojedziemy z nią w inny dzień – odpowiedział Zygmunt.
 - Przecież to już duża dziewczyna i chyba sama wie jaki rozmiar buta nosi – stwierdziła kolejna osoba.
W końca pod naciskiem innych rodzice dali jej pieniądze i po raz pierwszy mogła samodzielnie jechać na centrum miasta i kupić takie buty jakie chciała. Była wdzięczna tym wszystkim, którzy wstawili się za nią.
Wiedziała jakie chce, chociaż przez skórę czuła co ją czeka w domu jak rodzice zobaczą ten zakup. Buty były na dość wysokiej koturnie, a w takich nie pozwalał jej chodzić ojciec. Lecz w tym momencie miała to gdzieś. Ona sama nie goniła za modą. Raz, że nie było ją na to stać, a dwa lubiła ubierać się w to w czym jej było wygodnie. Długie spódnice koloru czarnego, a do tego jakaś ciemnego koloru bluzka to był jej styl. Uważała, że ma już na tyle lat, że takie buty to nic złego.
Do domu wróciła z uśmiechem na ustach, który znikł w ułamku sekundy, po pokazaniu butów.
 - Co to ma być? - wrzasnął Zygmunt widząc jej zakup.
 - Buty – odparła.
 - Ja chyba mówiłem coś na ten temat – nadal krzyczał.
 - Ale tatusiu wiele dziewczyn z mojej klasy ma takie – próbowała argumentować swój wybór.
 - Nas nie obchodzą inni – usłyszała głos matki a na głowie poczuła silne uderzenie, aż poleciały jej łzy.
 - Agata czy ty jesteś nienormalna? - usłyszeli wszyscy pytanie jednej z koleżanek matki.
 - Ty się nie wpierdalaj – padło z ust Zygmunta.
 - Wy jesteś niepoważni. Dziewczyna ma prawie szesnaście lat, chodzi do liceum, a wy jej zabraniacie butów na obcasie i jeszcze ją bijecie? – odezwała się w jej obronie kolejna osoba.
Bożenka z płaczem uciekła do swojego pokoju. Czuła, że gdzieś w środku rośnie w niej coraz większa nienawiść do rodziców i brata.
Nastały wakacje i jak zwykle spędzała je na wsi u dziadków. Jednak tym razem było jakoś inaczej. Joasia miała dla niej mniej czasu niż w poprzednich latach, ale powodem był chłopak, którego przyjaciółka poznała w szkole. Grzesiek też dziwnie się zachowywał.
 - Joasiu co się dzieje z Grześkiem? Jest jakiś dziwny – pytała jednego razu przyjaciółkę.
 - Wiesz, lepiej jak sama z nim porozmawiasz. Ja nie chcę się wtrącać – usłyszała w odpowiedzi.
Następnego dnia spotkała się z nim.
 - Grzesiek czemu mnie unikasz? Co się dzieje? - pytała.
Ten stał przez chwilę i widać było jak nad czymś się zastanawia.
 - Proszę powiedz mi – prosiła.
 - Bożenka…cholera czy to musi być takie trudne? - pytał, ale raczej siebie.
 - O czym ty mówisz? - pytała.
 - Poznałem dziewczynę i zakochałem się – wyrzucił z siebie. W końcu jej to powiedział.
 - To super – usłyszał w odpowiedzi.
Zdumiony spojrzał na Bożenkę.
 - Ty tak poważnie?
 - Tak. Grzesiek my przecież nigdy nie byliśmy parą to po pierwsze, a po drugie mieszkamy daleko od siebie i masz prawo mieć dziewczynę – usłyszał w odpowiedzi.
 - Dziękuję ci, że tak do tego podchodzisz. Obawiałem się, że możesz mieć do mnie żal – mówił.
 - Spokojnie nic się nie stało – odparła. Jeszcze przez chwilę porozmawiali i rozeszli się każdy w swoją stronę.
Tak właśnie skończyła się znajomość z Joanną i Grześkiem. Bożenka im trochę zazdrościła. Oni mieli kogoś a ona wciąż była sama.
To były jej ostatnie wakacje, które całe spędzała w Radomsku. Teraz już nie miała dla kogo tam przyjeżdżać. Coraz trudniej jej było dogadać się z dziadkami, a z rodziną ojca nie miała żadnego kontaktu, a jeśli nawet był to sporadyczny, raczej okazjonalny, gdy do Radomska jechała z matką i ojcem. Na te wakacje jak i na poprzednie jechała sama. Rodzice uważali, że jest już dużym dzieckiem, które do dziadów może dotrzeć samo. Wystarczy przecież, że wsiądzie w pociąg.
CDN...