piątek, 5 kwietnia 2019

MOJE WSZYSTKO I NIC część IV

Bożenka skończyła drugą klasę i tak jak rok wcześniej wakacje miała spędzić u dziadków. Wyjechali do Radomska dzień po zakończeniu szkoły. Cieszyła się, mimo że czeka ją wczesne wstawanie oraz praca w polu. Dzięki temu będzie miała dwa miesiące spokoju od tego co zgotowali jej rodzice. Nadal nie miała bliskich koleżanek w Sosnowcu, a u dziadków miała ich wiele. Często spotykała się z Joasią. W te wakacje dziadkowie już pozwolili jej samej chodzić do koleżanki, wówczas to poznała innych. Jak się okazało Bożenka potrafiła uśmiechać się i to tak szczerze i prawdziwie. Oprócz Joasi bliżej zaprzyjaźniła się również z jednym z chłopców, który mieszkał w pobliżu. W pewnym sensie to ta znajomość wydawała się jej rodzinie dziwna, bo Bożenka stroniła od znajomości z chłopcami. 

- Wiesz mamo ona jest jakaś inna – mówiła Agata do swojej rodzicielki jednego razu. Było to jakoś podczas jej pobytu w czasie ferii zimowych w Radomsku.
- Co masz na myśli dziecko – rzekła starsza z kobiet.
- Mieszkamy przecież już tyle czasu w Sosnowcu, a ona nie ma bliskich koleżanek, za to od kontaktów z chłopcami całkiem ucieka – mówiła Agata.

Dlatego gdy w wakacje Bożenka chętnie przebywała w towarzystwie Grześka oraz innych było dziwne. Pod koniec wakacji rodzina czasami z uśmiechem na ustach mówiła.
- Bożena narzeczony przyszedł.
- To nie mój narzeczony – mówiła dziewczynka. To sformułowanie drażniło ją. Faktem było, że lubili się z tym pucołowatym chłopcem z sąsiedztwa. Grzesiek był jej rówieśnikiem. Ten chłopiec jej imponował, był inny niż ci wszyscy miejscowi z jej szkoły. Pod koniec wakacji ta trójka dzieciaków stała się wręcz nierozłączna. Trudno było Bożence rozstawać się z nimi. Wymienili się adresami i obiecywali sobie, że będą do siebie pisać. Kolejnym powodem niechęci do powrotu do domu byli jej sami rodzice. Zdawała sobie sprawę co ją tam czeka.

Przez dwa miesiące tylko raz odwiedziła dziadków  z ojca strony. Było to na samym początku gdy całą czwórką przyjechali do Radomska. To już stało się normą, że pierwsze kroki po przyjeździe kierowali do rodziny Zygmunta, niby powodowane było to bliskością ich zamieszkania. Faktem było to, że ci mieszkali bliżej niż rodzina Agaty. Lecz było też drugie dno tego wszystkiego, a nazywało się alkohol, którego nie brakowało w domu rodzinnym Zygmunta. A ta dwójka nie umiała sobie tego odmówić. Bożenka z grymasem na ustach i obrzydzeniem witała się z dziadkami oraz najmłodszym bratem ojca. Od tych ludzi wiecznie wyczuwalna była woń alkoholu.

- No to po jednym – usłyszała Bożenka jak dziadek Czesław  zawołał.
- Spokojnie ojciec – odparł Adam.
Bożenka popatrzyła na towarzystwo i tylko przewróciła oczami.
Ojciec Zygmunta w porównaniu do pozostałych gości nie pił wódki, ale wino. Oczywiście te z najniższej półki. Ten człowiek potrafił sam wypić dwa takie wina.
- Mamusiu mogę iść do cioci Beaty? - odezwała się nieśmiało dziewczynka.
Mówiła do rodziców mamusiu lub tatusiu, a wewnątrz się buntowała. Lecz nie mogła mówić inaczej. Zwrot mamo czy tato oznaczał ślad na jej twarzy.
- Siedź na dupie. Jutro pójdziemy rano, a popołudniu pojedziemy do babki Haliny – usłyszała.
Odeszła od stołu i wyszła z pokoju gdzie przebywali dorośli. W tej rodzinie dzieci nie miały prawa przebywać w jednym pokoju z dorosłymi.
Dziewczynka zajęła się kolorowaniem jakiejś kolorowanki, gdy do domu weszli kolejni goście. Bożenka wyszła aby się przywitać z ciotkami i wujkami i ponownie znikła. Do pokoju, w którym siedziała weszło kilkoro dzieci. Nie lubiła ich wszystkich, a i sama odnosiła wrażenie, że oni za nią również nie przepadają.
- Zobacz co dostałem od babci – usłyszała jednego z kuzynów.
- A ja też dostałem – odparł drugi.
- Bożena, a ty też dostałaś? - usłyszała pytanie.
- Nie – odpowiedziała smutnym głosem.
Trzy kuzynki, które również tam były prawie z nią nie rozmawiały. Traktowano ją jak kogoś obcego, innego, kogoś kto nie należy do rodziny.

Było dość późno chyba nawet grubo po północy, bo na dworze było ciemno. Bożenkę obudził jakiś męski głos, ale z całą pewnością nie był to nikt z rodziny
-  Kim pan jest? - zapytała wystraszona
- Cii, posuń się – usłyszała w odpowiedzi. Wystraszona zerwała się i pobiegła do pokoju gdzie wciąż trwała popijawa. I z płaczem podeszła do ojca.
- Tatusiu tam w pokoju jest jakiś pan.
Zygmunt wstał od stołu i chwiejnym krokiem ruszył w skazanym przez córkę kierunku. Wszedł do pokoju, zapalił światło i faktycznie na łóżku, gdzie spały dziewczynki leżał jakiś facet. Wiele nie myśląc chwycił gościa i wyciągnął z łóżka.
- Kim ty kurwa jesteś?
- Ja jestem kolegą Adama, zapraszał mnie do siebie – wybełkotał koleś.
Zygmunt nie wdając się w żadne dalsze rozmowy z facetem wraz ze szwagrem wyrzucili go za drzwi i następnie dopadli Adama. I gdyby nie matka Zygmunta to z całą pewnością Adam dostałby od brata, ale i od reszty rodzeństwa. 
Dzieciaki pobudzone nie wiedziały co się dzieje wystraszyły się.
 Było nad ranem jak całe towarzystwo skończyło imprezować i pokładło się spać. Bożenka już tej nocy nie umiała zasnąć. Przysięgła sobie w duchu, że od teraz zrobi wszystko aby więcej nie nocować w tym domu. Chciała jak najszybciej wyjechać do drugich dziadków. 

Gdy jej rodzice wyjechali o wszystkim opowiedziała babci Halinie. Lecz ta jakoś dziwnie nie zareagowała na to. Mała nie rozumiała. Niby była pupilką tej babci, ale czasami myślała, że ta jej nie wierzy.
Ewidentnie coś się wydarzyło, o czym Bożenka nie miała pojęcia. Uznała wówczas, że nie ma najmniejszego sensu zwierzać się babci z czegokolwiek.

Wakacje się skończyły, a wróciły obowiązki i szkoła. Dziewczynka utrzymywała stały kontakt z Joasią i Grzesiem. Cała trójka wciąż pisywała do siebie listy, gdzie zwierzali się sobie wzajemnie z tego co dzieje się u nich. Bożenka pisała o szkole, koleżankach z klasy i osiedla, ale nie odważyła się napisać o rodzicach. Nie sadziła, aby jej użalanie się nad sytuacją w jej domu mogło coś zmienić. Rodzice coraz więcej zaglądali do kieliszka, a zwłaszcza Agata.

Nadszedł czas Świąt Bożego Narodzenia. Bożenka cieszyła się, że znów pojadą do Radomska. Jakież było jej rozczarowanie gdy okazało, że nie jadą.
- Bożenko my nie jedziemy, ale oni wszyscy przyjadą do nas – usłyszała, co ją ucieszyło.
Na te święta przyjechali również rodzice Agaty, którzy niespełna pół roku wcześniej twierdzili, że nigdy więcej tu nie przyjadą.
Rodzice Agaty przyjechali jakieś dwa dni przed świętami.
- Przyjechaliśmy wcześniej, bo możesz potrzebować pomocy – usłyszała Agata od matki.
- Dziękuję bardzo, na pewno się przyda. Jutro przyjadą teściowie, ale oni zatrzymają się u Magdy. Tam również będą spać Ewa z dziećmi i Czesiek z rodziną – odparła Agata.
- Beata przeprasza, ale nie będą mogli przyjechać. Ona ostatnio znacznie gorzej się czuje. Porobili jej już tyle różnych badań, a i tak nie mają pojęcia co jej dolega. Faszerują tylko jakimiś lekami – rzekła Halina usprawiedliwiając nieobecność drugiej córki.

Gdy młodsza siostra Agaty urodziła drugie dziecko bardzo podupadła na zdrowiu. Beata przeszła mnóstwo badań. A lekarze i tak nie byli w stanie postawić jednoznacznej diagnozy. Dopiero po kilku latach okazało się, że ta cierpi na SM. 

- No trudno – odparł Zygmunt.
Agata nie odezwała się, widocznie stan zdrowia własnej siostry niewiele ją obchodził.

- A my z dziadkiem mamy nowego pieska – usłyszała Bożenka.
- Ale fajnie. A jak wygląda, jak ma na imię? - mówiła mała.
- Taki mały czarny, Szogun ma na imię. Ale będziemy musieli go wydać.
- Dlaczego? - zapytała Agata.
- Goni kury sąsiadów, nam jedną zagryzł -usłyszeli w odpowiedzi.
- Mamusiu, tatusiu może my weźmiemy tego pieska od babci – odezwała się nieśmiało Bożenka
- No, ale jak ty to sobie dziecko wyobrażasz. My z tatą do pracy, Przemek do przedszkola ty do szkoły i kto zajmie się zwierzęciem. Z psem trzeba wychodzić na spacery, pamiętać o daniu mu jedzenia i picia – tłumaczyła jej matka.
- Ja się nim będę zajmować – odpowiedziała z pewnością w głosie Bożenka.
- Dobrze zastanowimy się nad tym – usłyszała 

Czas świąt minął w miarę spokojnie. Dwa miesiące później Bożenka wraz z rodzicami i bratem jechała na zimowiska do dziadków. To miały być jak się później okazało ostatnie ferie zimowe, gdy przyjechała. Spowodowane to było zmianami w szkolnictwie i ferie zostały podzielone na tury. Więc bez sensu było aby Bożenka tam jeździła w okresie ferii.
Z tego wyjazdu przywieźli psa. Początkowo mieli ubaw spowodowany zachowaniem zwierzęcia. Śmiechu było co niemiara. Szogun, tak go nazwali dziadkowie nie był nauczony chodzenia na smyczy i każde jej założenie powodowało komiczne sytuacje. Więc aby nie męczyć więcej psa rodzice Bożenki postanowili puszczać go na dwór bez smyczy, ale zakupili mu kaganiec.

Pod koniec trzeciej klasy Bożenka dowiedziała się, że w tym roku nie spędzi całych dwóch miesięcy u dziadków. Trochę zasmuciło to ją, ale gdy rodzicie wyjawili jej powód nawet się ucieszyła.
- Bożenko pojedziemy na dwa tygodnie nad morze. Najpierw pojedziecie z Przemkiem na dwa tygodnie na wieś, a później pojedziemy na wczasy.
- A jak wrócimy z tych wczasów to pojedziemy jeszcze do dziadków? - dopytywała.
- Raczej tak, ale nie wiemy czy na pewno – usłyszała.
CDN...

piątek, 29 marca 2019

MOJE WSZYSTKO I NIC część III

Bożenka w nowym miejscu była kilka dni, a później na  okres wakacji wróciła do dziadków i na wieś. Tam czuła się najlepiej. Do nowego domu miała wrócić pod koniec sierpnia, a od września zacząć swoją edukację w szkole, gdzie nie znała nikogo. 
- Babciu, ale ja tam nie chcę chodzić do szkoły - żaliła się dziewczynka.
- Zobaczysz poznasz tam nowe koleżanki, nowych kolegów. Nie martw się kochanie na zapas. Wszystko będzie dobrze. A na święta przyjedziesz do nas z rodzicami i Przemkiem - próbowała uspokoić wnuczkę Halina. 
Chociaż to nie uspokoiło małej, a raczej powodowało jakiś wewnętrzny bunt. 
- Chodź pójdziemy do Joasi. Ty się z nią pobawisz, a ja kupię od jej babci mleko,  to zrobimy na kolację naleśników - mówiła kobieta, chcąc w ten sposób odciągnąć myśli Bożenki od tego co będzie za jakiś czas.
Dziewczynka z chęcią przystała na propozycję babci. Z dziewczynką z domu na początku wsi znały się już od dawna to znaczy prawie od pieluch i bardzo lubiły, dodatkowo były równolatkami. Gdy tylko nadarzała się okazja aby pójść, Bożenka nie odmawiała. Ta znajomość przetrwała ładnych kilka lat i chyba jedyna, która mimo rozłąki przerodziła się w przyjaźń. Ta przyjaźń urwała  się naturalnie gdy każda z dziewczyn dorosła. Ale przez najbliższe kilka lat nie było wakacji aby dziewczyny nie spędzały ich razem. 
W końcu nastał dzień kiedy Bożenka musiała pożegnać się z dziadkami i wraz z rodzicami oraz bratem wrócić do Sosnowca.  

- Jak piszesz? Co nie potrafisz prosto pisać? - słychać było krzyki Agaty, gdy córka odrabiała lekcje. 
- Ała - wyszeptała Bożenka, gdy matka kolejny raz uderzyła ją w głowę podręcznikiem.
- Nie rycz tylko pisz - padło z ust matki.
Bożenka zanosząc się płaczem starała się pisać jak najładniej, aby tylko kolejny raz nie dostać.
- Co to ma być? - znowu wrzaski. Agata wyrwała córce zeszyt i wytargawszy z niego kartkę rzekła.
- Masz to przepisać porządnie i bez błędów.
Bożenka chciała coś powiedzieć, ale już nauczona, że tylko to pogorszy jej sytuację wzięła się za przepisywanie. 
Takich sytuacji było pełno. Agata wraz z Zygmuntem wciąż wrzeszczeli na Bożenkę. 
Dziewczynka nie mając wsparcia w nikim dorosłym zaczęła się wewnętrznie buntować. Od samego początku rodzice mieli wobec niej jakieś wymagania. I jeśli było by to związane z nauką to w porządku. Lecz oni wymagali od niej zajmowania się młodszym bratem, przyniesienia węgla z piwnicy, rozpalenia w piecu. Zrobili sobie z córki darmową służącą i opiekunkę do syna. Faktem było, że oboje pracowali. Agata na trzy zmiany, a Zygmunt na jedną. To na Bożence spoczywał obowiązek posprzątania w domu, bo mama z tatą są bardzo zmęczeni. Kiedy Bożenka kolejny raz dostała pasem za to, że nie zrobiła czegoś w jej głowie narodził się plan ucieczki. Chciała uciec do dziadków. Próbowała  kilka razy, ale zawsze te ucieczki kończyły się na dworcu PKP. Te ucieczki skończyły się gdy w święta pojechali do Radomska.
- Bożenko tak nie można - mówiła jej babcia, gdy usłyszała o jej kilku próbach ucieczki - Mama z tatą bardzo się o ciebie martwili.
- Wcale nie. Oni wiecznie na mnie krzyczą, biją mnie i muszę robić wiele rzeczy. Ja chcę zostać z wami - mówiła z wyrzutami. 
- Kochanie, wiesz, że nie ma takiej możliwości. Tłumaczyłam ci - usłyszała od babci.
W tym momencie dla tej małej jeszcze siedmioletniej dziewczynki świat się zawalił. Myślała, że babcia będzie po jej stronie, że ją zabierze do siebie i uchroni przed tymi ludźmi. Miała żal do całej rodziny. Wyglądało to tak jakby nikt jej nie wierzył. A oni zastanawiali się co takiego dzieje się z Bożenką. 
- Nie rozumiem co się stało z Bożenką. Ona nigdy tak się nie zachowywała - mówiła Halina do męża gdy minął okres świąt i zostali sami. 
- Po prostu ma wszystkiego za dużo i w dupie się jej przewraca - odparł jej mąż.

Tymczasem sto parę kilometrów od domu dziadków działy się rzeczy, które nawet się nikomu nie śniły. 
Rodzice Bożeny coraz częściej zaglądali do kieliszka, a na nią spadały kolejne obowiązki. Dziewczynka zamykała się w sobie, ale w jej wewnątrzu narastał bunt. Ale co z tego skoro nie mogła nic zrobić, aby uwolnić się tych ludzi. Pierwszą klasę skończyła z dobrymi stopniami, lecz zamiast pochwały usłyszała.
- Można było się bardziej postarać i mieć jeszcze lepsze stopnie. 

Po odebraniu świadectwa następnego dnia wsiadła wraz z rodzicami i bratem oraz siostrą ojca i jej rodziną w pociąg aby wakacje spędzić u dziadków. Przemek miał już pięć lat i miał wakacje spędzić u rodziny Zygmunta, a Bożenka tradycyjnie u dziadków na wsi. Lecz te wakacje miały być dla niej samej już inne niż poprzednie. 
- Bożenko jesteś już na tyle duża, że na niektóre rzeczy mogłabyś sama zarobić - usłyszała.
- Ale jak to? Przecież są wakacje - próbowała nieśmiało protestować.
- Codziennie rano możesz wraz ze mną i dziadkiem iść do lasu na jagody. I to co uzbierasz sprzedać w skupie albo na targu. 
Dziewczynka widząc, że niewiele ugra zgodziła się. Od następnego dnia codziennie od godziny szóstej rano ta mała zbierała owoce leśne przez całe wakacje. Z nadejściem sierpnia nastał czas żniw, a to było również dobre do zarobienia. W ten oto sposób Bożenka z wakacji miała niewiele. Rano do lasu później w pole do jednych czy drugich rolników. Jedynie soboty i niedziele miała wolne, czasem w tygodniu gdy przejeżdżał wujek Wojtek aby zabrać  ją na trochę do siebie. 
Bożenka lubiła tam jeździć bo tam było dwoje dzieci, w tym mała kuzynka. Mająca wówczas jakieś dwa latka,  a ona lubiła się tą małą zajmować. 
Wakacje się skończyły i trzeba było wrócić do szarej rzeczywistości. Jeszcze przed powrotem do domu dziewczynka pochwaliła się rodzicom, że przez wakacje zbierała jagody, grzyby oraz, że pomagała w polu podczas żniw i dzięki temu zarobiła sobie trochę pieniążków. 
- To daj ja ci schowam, abyś nie zgubiła - padło z ust matki. Mała nie podejrzewając niczego złego dała je matce. Ale jak się później okazało, był to błąd. Samym błędem było już pochwalenie się im o zarobionych pieniądzach. 
Gdy dziewczynka upomniała się o swoje po powrocie do domu po raz pierwszy usłyszała od matki.
- Nie mam. Przejadłaś je. 
- Ale to były moje pieniążki - mówiła płaczliwym głosem Bożenka.
- Ty mi jeszcze za mleko nie zapłaciłaś. 
Mała wtedy jeszcze nie wiedziała co matka miała na myśli, a raczej nie rozumiała znaczenia tych słów. 

Bożence doszły dodatkowe rzeczy do  nauki. Była to druga klasa i czas wielkich przygotowań do pierwszej komunii. Więcej nauki jednak nie było powodem do mniejszej ilości obowiązków w domu. 
Dziewczynka chociaż już mieszkała rok w Sosnowcu jakoś nie miała koleżanek ani kolegów. Nie zapraszała do siebie nikogo. Przez to jak traktowali ją  rodzice ona sama stawała się odludkiem. Gdzieś zaginął  uśmiech z jej buzi. Na osiedlu gdzie mieszkała zaczęto ją wytykać, że jej rodzice piją. Ona sama wiedziała już, że jest tak naprawdę skazana na siebie samą. Dorośli, na których myślała, że może polegać również zawiedli. Nie miała pomocy i wsparcia znikąd. Kiedy matka z  ojcem lali ją pasem ona tylko płakała i czasami po kolejnych razach skórzanym pasem zastanawiała się co zrobiła złego, że rodzice jej nie kochają. Były chwile gdy szczerze ich nienawidziła.
- A może oni mnie adoptowali? - zastanawiała się w takich chwilach. 

W maju była się jej upragniona komunia. Cieszyła się na ten dzień. Wiedziała, że dostanie swój upragniony rower. To był chyba jedyny prezent jaki chciała otrzymać.  Liczyła, że to będzie jej. Matka postarała się kupując piękną sukieneczkę, a w dniu komunii pięknie ją uczesała. Tego dnia do Sosnowca zjechała się większa część rodziny od obojga jej rodziców. Wiedziała, że od ojca nie będzie wszystkich,  bo w tym samym dniu również jej kuzyn miał komunię. Jak na dziewięciolatkę doskonale to rozumiała. Za to od matki przyjechali wszyscy zaproszeni. Byli dziadkowie, brat matki, siostra z mężem i dziećmi, jednocześnie jej matka chrzestna. Przyjechał nawet jej ojciec chrzestny. Cały dzień zapowiadał się jak najlepiej. Bożenka cieszyła się z otrzymanych prezentów. Złote kolczyki, piękny zegarek, upragniony rower i mnóstwo słodyczy sprawiły, że z jej twarzy nie znikał uśmiech. Kulminacyjnym punktem miał być tort, który upiekła koleżanka matki. I tak też było.  No, ale oczywiście w pewnym momencie musiało się wszystko skończyć awanturą, którą wywołali jej rodzice. 


Było już późne popołudnie, gdy rodzice Agaty postanowili wracać do domu. 
- Agatko my się już będziemy zbierać - padło z ust matki Agaty.
- Ale już? Przecież jest jeszcze wcześnie - odezwała się młodsza z kobiet.
- Dobrze wiesz, że całe gospodarstwo zostało bez opieki, tylko sąsiadka miała tam zajrzeć przed południem - odezwał się ojciec. 
Słowa, które padły rozwścieczyły Zygmunta, który bez żadnych skrupułów wyrzucił z siebie.
- To wypierdalać z mojego domu, wy świniopasy. 
Matka Agaty spojrzała na córkę, która nawet słowem nie odezwała się. Pożegnali się z gośćmi oraz z wnuczką i opuścili w milczeniu mieszkanie swojej córki i jej męża. To miał być ich ostatni raz jak przyjechali do nich. Pod wieczór została tylko rodzina Zygmunta. 

Następnego dnia wróciła dla Bożenki szara rzeczywistość. W ciągu tygodnia okazało się, że ona nie ma prawa do tych wszystkich prezentów. Rower miała mieć do podziału z młodszym bratem, pieniądze przywłaszczyli rodzice. Na nieśmiałe próby proszenia o pieniądze, zebrane usłyszała.
- Chyba się zapominasz. To nie ty je dostałaś - mówili oboje, a matka kolejny raz użyła swojego chyba ulubionego stwierdzenia - Ty mi jeszcze za mleko nie zapłaciłaś. 
Natomiast od ojca usłyszała.
- W tym domu nie ma nic twojego. To co pod moim dachem należy wyłącznie do mnie i matki.
Dziewczynka więcej już nie prosiła, to nie miało sensu. Żaden sprzeciw z jej strony nie był brany pod uwagę. Wręcz przeciwnie jeszcze obrywało jej się za to. 
- Nie rozumiem, masz wszystko i jeszcze śmiesz narzekać. Skoro tak to szlaban do końca tygodnia na wychodzenie z domu - usłyszała jednego razu
CDN...

piątek, 22 marca 2019

MOJE WSZYSTKO I NIC część II


Zrobiłam małą korektę i dodaję jeszcze zdjęcie drzewa genealogicznego. Za jakość zdjęcia bardzo przepraszam. 




W ciągu tych kilku lat wszyscy zauważyli zmianę Agaty. Z tym, że ona zmieniła się na gorsze. 
- Od kiedy Agata jest z Zygmuntem nie liczy się dla niej nic. Odcięła się od swoich przyjaciół,  całą naszą rodzinę traktuje jak zło konieczne - padło z ust brata Agaty, który miał wówczas jakieś piętnaście lat - ona nawet tą małą się nie interesuje. Często zostawia ją pod opieką mamy. Nie żebym był zazdrosny o własną siostrzenicę, ale to chyba nie tak powinno wyglądać - dodał po chwili.
- Też widzę jak ona się zachowuje. Kiedyś nawet próbowałam z nią o tym porozmawiać. Lecz ona wykrzyczała mi tylko w twarz, abym się nie wtrącała w jej życie. A ten jej ukochany Zygmunt tylko powiedział mi... - widać było, że Beata zastanawia się przez chwilę, chcąc sobie przypomnieć - już wiem "Czy ja się ciebie pytam z czego ty żyjesz?" 
- Niech no ja go dorwę to... - zaczął Piotr, ale Beata powstrzymała brata.
- Piotrek nie ma sensu. Ja już rozmawiałam o tym również z tatą. Wiesz mamy teraz na głowie inne sprawy niż bezczelność ze strony Zygmunta. On się nigdy nie zmieni, to są słowa taty. A i nie ma co wszczynać awantury. Ona jest ponownie w ciąży, po co jej dodatkowy stres. My z Wojtkiem też mamy mnóstwo swoich spraw do załatwienia w związku z naszym ślubem - mówiła Beata. 
Piotrek niby przyjął tłumaczenia siostry, ale miał wielką ochotę przyłożyć temu człowiekowi. 
Ale nie chciał tak jak i jego siostra powodować jakiegoś dodatkowego stresu Agacie.

Już dodatkowo Agata była przerażona faktem, że pod jednym dachem będzie musiała mieszkać ze swoim byłym facetem. Nie było tajemnicą, że Agata z Beatą tylko udają jak bardzo wielka jest ta ich siostrzana miłość.

Tylko, że nie prawdą było to co mówiła Agata i o co oskarżała siostrę. Beata swojego przyszłego męża znała od dość długiego czasu lecz spotykać zaczęli się jakieś cztery i pół roku temu. Wcześniej Wojtek spotykał się właśnie z Agatą, ale związek nie  przetrwał. Wojtek był spokojnym młodym człowiekiem, który nie przepadał za imprezami tak jak Agata. Ta często była widywana na różnych dancingach tak modnych w tamtym czasie. To na jednym z nich spotkała Zygmunta, kolegę jeszcze z czasów szkoły podstawowej, a nawet można rzec, że ze szkolnej ławy. Zygmunt nie należał do tych uczniów, którzy poważnie traktowali naukę, co skutkowało powtarzaniem klasy. Obaj panowie byli tak różni od siebie jak woda i ogień, jak dzień i noc. I tak zaczęła się Agata spotykać z Zygmuntem robiąc z początku z Wojtka jelenia. Ta myślała, że skoro Wojtek mieszka w innej miejscowości to nic nie wyjdzie, a jednak. Gdy wszystko się wydało Wojtek nie robiąc żadnych scen ani nie wywołując kłótni rozstał się z niewierną  dziewczyną. Kilka miesięcy później zaczął spotykać się z Beatą siostrą Agaty. I wówczas ta oskarżyła siostrę, że to z jej powodu Wojtek ją zostawił i z całą pewnością trwać to musiało już dość długo.
- Agata o czym ty do mnie mówisz? Sama go zdradzałaś. A teraz masz do mnie pretensje, że z tobą zerwał? - mówiła Beata kiedy to siostra oskarżyła ją o rozpad swojego związku.

Agata ze Zygmuntem byli już dwa lata po ślubie gdy Beata zgodziła się wyjść za mąż właśnie za Wojtka. Agata już wówczas była inna, a jej świat zaczynał się i kończył na Zygmuncie oraz jego rodzinie lecz perspektywa mieszkania z Wojtkiem pod jednym niemalże dachem wydawała się nie za ciekawa. Mimo, że od ich rozstania minęło tyle czasu oni jakoś nie potrafili znaleźć wspólnego języka, co często kończyło się sprzeczkami tych dwojga.
Wesele Beaty i Wojtka odbyło się tak samo jak w przypadku Agaty w domu pani młodej.

Kilka miesięcy po urodzeniu się Przemka na świat przyszedł Paweł syn Beaty i Wojtka. Obaj chłopcy byli z tego samego roku. Wówczas rodzice Agaty i Beaty postanowili starszej córce przepisać ten kawałek ziemi, który był ogródkiem i postawić tam dom.
- Posłuchajcie dzieci - zaczął Franciszek - jak wiecie ten nasz dom jest za mały na tyle osób. Wszyscy mieszkamy na kupie. Was jest już czworo - zwrócił się do najstarszej córki - u Beatki jest troje, a i nas jest również trójka. Dlatego wraz z mamą podjęliśmy pewną decyzję. Ten teren, gdzie jest teraz ogródek przepiszemy na ciebie Agato i można tam będzie się pobudować.
- Dziękuję wam - odezwała się do rodziców -  ale co ty na to? - zwróciła się do siostry, ale w duchu już się cieszyła, że wreszcie będzie mogła żyć bez nich wszystkich.
- Nami się nie przejmujcie - odpowiedziała Beata - my i tak już w Wojtkiem rozglądamy się za jakimś mieszkaniem. 
Rozmowa ta miała miejsce późną zimową porą, więc wszystko i tak musiało pozostać tak jak jest aż do wiosny. Obie młode rodziny starały się schodzić sobie z drogi. Ta  czwórka młodych ludzi nie potrafiła ze sobą normalnie rozmawiać. Dodatkowo Agata wraz z Zygmuntem nie potrafili uszanować tego, że nie mieszkają sami, że w domu oprócz ich samych jest jeszcze trójka małych dzieci. Ich dwoje i trzecie Beaty i Wojtka. Często wracali pijani i robili awantury budząc przy okazji cały dom. Bywało tak, że wystraszona Bożenka uciekała z płaczem i malutkim braciszkiem na rękach do dziadków. A to jeszcze bardziej zaogniało sytuację i wywoływało większy konflikt. To podczas jednej z takich awantur gdy Bożenka uciekła do mieszkania dziadków Zygmunt podniósł rękę na swoją teściową, a teścia zwyzywał od najgorszych. 
- Wyjdź z tego mieszkania - usłyszał od Wojtka.
- A ty co się rządzisz w domu moich rodziców - usłyszał Wojtek od Agaty. Beata w tym czasie siedziała w pokoju zamknięta i tuliła roztrzęsioną Bożenkę i bujała w wózku dwoje niemowląt. 
- Nie bądź hipokrytką Agato. Twój mąż obraża twoich rodziców startując z łapami do matki, ojca wyzywa, a ty nic z tego sobie nie robisz. Jesteś taka sama jak on - usłyszała.
- Nie twoja sprawa - odparła butnie szwagrowi.
Gdy nagle do Wojtka z łapami wystartował Zygmunt, kiedy nagle między tych dwoje stanął Piotrek lecz to na nic się zdało. Dopiero jak do kuchni weszła Beata i zagroziła wezwaniem milicji wszystko się uspokoiło. 

Od tej pory trzy rodziny mieszkające pod jednym dachem stwarzały tylko pozory wielkiej kochającej się rodziny. A młodzi unikali się jak tylko mogli. Agata cieszyła się, że ma spokój bo rodzina przestała się wtrącać, a na wiosnę miały ruszyć prace przygotowujące plac pod budowę domu. 
Tak też się stało nastała wiosna, a wraz z nią jej rodzice tak jak było mówione zaczęli działać w tymże kierunku. Matka Agaty załatwiła geodetę, aby móc porobić odpowiednie pomiary, robiono wyliczenia ile czego trzeba będzie kupić i ile pieniędzy przeznaczyć. Gdy wszystko było już gotowe i materiały zakupione szanowny pan Zygmunt wpadł na jakże genialny pomysł, który spodobał się również Agacie. 
- Mamo, tato chcieliśmy wam coś powiedzieć - oznajmił Zygmunt po powrocie do domu z pracy. 
- Zamieniamy się w słuch, co chcecie nam powiedzieć? - zaciekawiła się pani Halina. 
- Otóż nie będziemy się budować - rzekł.
- Jak to nie, to co będziecie robić? - dopytywała się jego teściowa.
- Ja za dwa do trzech tygodni wyjeżdżam na Śląsk do siostry i tam będę pracował, a jak znajdę mieszkanie to ściągnę również Agatę i dzieciaki - usłyszeli w odpowiedzi.
- Czy wy powariowaliście? Wszystko już jest załatwione pozwolenie na budowę, geodeta porobił pomiary, wyznaczył osie pod fundamenty, kupione materiały - mówiła podniesionym głosem matka Agaty. 
- I co z tego. My już podjęliśmy decyzję i jej nie zmienimy - odparła wyniośle młoda kobieta.
Jej matka była w szoku, co dalej z tym wszystkim. Wieczorem opowiedziała o tym mężowi oraz młodszej córce i zięciowi. 
Następnego dnia przy siadaniu odezwał się Wojtek. 
- Posłuchajcie wczoraj wieczorem rozmawialiśmy z Beatą i chyba mamy wyjście z tej sytuacji. Skoro Agata wraz z Zygmuntem zdecydowali się wyjechać i nie chcą tu zostać, to my się pobudujemy - wyjaśnił Wojtek.
Rodzice Agaty i Beaty przyjęli tę wiadomość z uśmiechem na ustach. Bożenka miała cztery latka jej brat roczek jak zostali sami z mamą. Dla samej Bożenki to było w jakimś sensie wybawienie, nagle jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko się uspokoiło. Bożenka poszła od września do przedszkola, a jej młodszy brat do dziadków. Agata co dziennie zawoziła syna do rodziców swojego męża, a Bożenkę do przedszkola prowadzała jej mama lub ktoś inny z rodzinnego domu. Dni kiedy było niespokojnie wciąż się zdarzały, ale rzadko, bo Zygmunt do rodziny przyjeżdżał sporadycznie. Jego siostra pomogła mu znaleźć pracę w swojej miejscowości. Śląsk i Zagłębie w tamtych latach stało otwarte dla przyjezdnych. To tu było mnóstwo hut, kopalń i innych fabryk, które potrzebowały ludzi do pracy. Siostra Zygmunta właśnie pracowała w jednej z takich hut. Przez następne trzy lata Zygmunt pracował i próbował załatwić mieszkanie dla siebie i swojej rodziny. W końcu się udało, ale to nie Zygmunt tego dokonał lecz jego żona. Jednego razu zostawiając córkę u swoich rodziców, a syna z rodziną męża Agata pojechała w odwiedziny do Zygmunta. Od samego początku tak było, że Bożenką często zajmowała się rodzina ze strony Agaty natomiast Przemkiem rodzina Zygmunta. Wyglądało to dość dziwacznie, bo widać było, że jego rodzina jakoś nie specjalnie przepadała za małą Bożenką. W tamtym okresie ona była najmłodszą wnuczką dla jego rodziców oraz najmłodszą siostrzenicą i bratanicą. W tej rodzinie przeważali chłopcy. Kiedy Bożenka miała już te cztery lata, w rodzinie jej ojca były tylko oprócz niej jeszcze trzy dziewczynki natomiast chłopców było już siedmiu, a z biegiem czasu jeszcze na świat przyszło czworo. Lecz nie było to nic nadzwyczajnego po prostu Zygmunt miał liczniejszą rodzinę od Agaty, ale tylko Bożenkę traktowano jak kogoś obcego. Dziewczynka bardzo to przeżywała, bo jako małe dziecko nie umiała sobie tego wytłumaczyć. Ale czy kiedykolwiek była wstanie to zrozumieć? Chyba nie, bo jak wytłumaczyć takie zachowanie innych. Kiedy jako dziecko widzimy, że rodzina ma nas gdzieś. Gdy wszystkie kuzynki i wszyscy kuzyni oraz własny brat coś dostają od dziadków i cioć,  a ty tylko patrzysz. Bożenka wiele razy pytała o to matkę lecz nigdy nie dostała odpowiedzi.  

Agata przyjechała do męża  w piątkowe popołudnie, bo na sobotę planowali wspólnie wybrać się
na wyjazd integracyjny z zakładu gdzie pracował Zygmunt. To podczas tego wyjazdu Agata będąc już pod wpływem upojenia alkoholowego bez żadnego skrępowania odezwała się do jednego z dyrektorów, których przedstawił jej mąż.
- I jak się pani u nas podoba? - usłyszała Agata.
- Bardzo mi się podoba. No, ale odległość jaka dzieli nas jest trudna do ogarnięcia - odparła.
- A to państwo nie mieszkacie razem? - padło kolejne pytanie.
- Tak się składa, że nie. Wie pan to dziwne, że ktoś pracujący u was tyle czasu nadal nie otrzymał mieszkania, co jest powodem rozdzielenia rodziny. Mąż tu, a ja tam z dwójką małych dzieci, które tęsknią za ojcem - odparła nie zastanawiając się nad tym co mówi. Lecz przyniosło to skutek w postaci mieszkania.  W ten właśnie sposób Zygmunt tydzień później trzymał w ręku klucze do ich mieszkania. Niemal od razu wziął się za remont. Mieszkanie było dość duże mieściło się w jednej z kamienic należących do zakładu, w którym pracował Zygmunt.
Mieszkanie składało się z trzech izb i znajdowało na poddaszu. Dwie większe mniej więcej jednakowej wielkości i trzecia znacznie mniejsza. Jedno z pomieszczeń Zygmunt podzielił  na trzy robiąc pokoik, łazienkę oraz kuchnię, drugie miało pełnić pokój, z ostatniego zrobił mały pokoik dla dzieci i coś  na wzór przedpokoju. 
Z tej całej przeprowadzki Bożenka mająca już wówczas siedem lat wcale się nie cieszyła. To w Radomsku miała swoje koleżanki, to tu była jej cała rodzina. Ta mała wciąż dziewczynka nie rozumiała dlaczego mama z tatą zabierają ją tak daleko. 
- Bożena przestań ryczeć. Tam też będziesz mieć dużo nowych koleżanek, a do dziadków będziemy przyjeżdżać na święta, wakacje i ferie - krzyczała na nią Agata gdy przyszedł czas na pakowanie wszystkiego.
- Agata tak nie można - mówiła jej matka - pozwól ja z nią porozmawiam - prosiła kobieta.
Agata machnęła tylko ręką i wyszła do kuchni, aby dokończyć co zaczęła. Babcia wzięła Bożenkę na kolana i zaczęła łagodnym głosem mówić to samo co przed chwilą Agata. Dziewczynka z czasem uspokoiła się. Uwierzyła babci, że tam też będzie fajnie, że dzięki tej przeprowadzce będzie miała więcej koleżanek niż inni. I tylko nikomu nie przyszło do głowy jaka będzie rzeczywistość. No, ale kto mógł to przewidzieć.
CDN...

piątek, 15 marca 2019

MOJE WSZYSTKO I NIC część I

Dzisiaj moi drodzy pierwsza część opowiadania, które nie jest związane z Ulą i Markiem. Lecz mimo wszystko wierzę, że Wam się spodoba. Do opowiadań o "Brzyduli" obiecuję powrócić gdy skończę publikować "Moje wszystko i nic".  Lecz aby zrozumieć sens tytułu trzeba dotrwać do końca. Nie wiem ile jest w Polsce takich rodzin jak ta z opowiadania, ale chcę wierzyć, że nie tak dużo.  Zapraszam do czytania i miłej lektury życzę. 
Autorka


Trzydzieści dziewięć lat temu na ślubnym kobiercu stanęło dwoje młodych ludzi. 

Ona piękna z blond włosami i oczach koloru niebieskiego. Miała wówczas dwadzieścia cztery lata i wydawało się, że świat stoi przed nią otworem. Zanim związała się z przyszłym mężem miała swoją pasję. Uwielbiała podróże, zwłaszcza wspinaczki górskie. Niejeden szlak górski przeszła, niejedno widziała i zwiedziła. 

 Pochodziła z dobrego domu, gdzie rodzina i tradycja były najważniejsze. Oprócz niej było jeszcze dwoje młodszego rodzeństwa, siostra i brat. Wszyscy mieszkali w niewielkiej miejscowości leżącej niedaleko Częstochowy. Jej rodzice posiadali dom z ogrodem. Z czasem, gdy ona i rodzeństwo byli już starsi, rodzice kupili jeszcze jeden dom z tą różnicą, że ten drugi był położony w malowniczej wsi. Do domu przylegały trzy pola uprawne, które rodziły plony. Tuż po sąsiedzku stały domy należące do rodziny jej matki. Ojciec pochodził z Garwolina położonego sześćdziesiąt kilometrów od Warszawy.

On rok starszy, szczupły blondyn o oczach koloru ciemnego piwa zasłoniętych okularami. Jego matka urodziła się w Niemczech, a ojciec w Radomsku, gdzie zamieszkali po ślubie i tam na świat przyszły  ich dzieci. Trzech synów i dwie córki. Lecz jego rodzina była całkowitym przeciwieństwem jej rodziny. Dziś nazwano by to patologią. I tak w rzeczywistości było. Tam nikt nie stronił od alkoholu. To alkohol grał pierwsze skrzypce, był najważniejszy. 

Kiedy zaczęli się spotykać, jej rodzice jeszcze na początku próbowali przemówić jej do rozsądku pytając. - Dziecko, czy ty wiesz z kim się spotykasz? Pytali tak, bo miasto nieduże, a i zakładów pracy nie było za wiele. Jej babcia doskonale znała rodzinę tego chłopaka, a zwłaszcza jego matkę. Obie panie razem pracowały w jednym z zakładów przez krótki czas. 
- To moja sprawa i nie wtrącajcie się. Jestem już dorosła i nic wam do tego - odpowiadała  wyniosłym tonem. Buntowała się słysząc takie stwierdzenia, a jej krnąbrność i bunt sprawiały kłopoty wychowawcze jej rodzicom jeszcze w czasach szkolnych. Mimo, że potrafiła być ambitna, to jednak z trudem udało jej się skończyć szkołę zawodową. 

Była uparta i wciąż stawała w kontrze przeciwko argumentom rodziców. Kochała swojego wybranka i wiedziała, że żadna siła nie będzie w stanie ich rozdzielić. Któregoś dnia wyszło na jaw coś, co wstrząsnęło nie tylko nią i jej chłopakiem, ale rodzicami także. Okazało się, że młodzi zaliczyli klasyczną wpadkę. Teraz nie było już wyjścia. Ślub musiał się odbyć, bo środowisko, w którym mieszkali było hermetyczne i małe ze skłonnością do plotek i szukania niezdrowych sensacji. Klamka więc zapadła. Zaślubiny miały odbyć się w styczniu, ale w międzyczasie zmarł dziadek Agaty. Bardzo przeżyła tę śmierć. Dziadek był dla niej autorytetem, a ona jego ulubienicą, chociaż nie była przecież jedyną wnuczką. Rozważali wtedy przełożenie daty ślubu.
- Dzieci nie ma powodu aby odwoływać czy też przesuwać ślub - tłumaczyła babcia.
- Ale... - próbowała protestować Agata.
- Kochanie nie ma żadnego "ale". Dziadek z całą pewnością by tego nie chciał, to po pierwsze, a po drugie to jemu życia nie wróci - te słowa przekonały młodych i myśl o przesunięciu lub odwołaniu ślubu odeszła. 

I tak właśnie ta dwójka w jeden ze styczniowych weekendów złożyła przed Bogiem, rodziną i przyjaciółmi przysięgę wierności, miłości i uczciwości oraz że nie opuszczą się aż do śmierci. Po zaślubinach w domu jej rodziców odbyło się huczne wesele. W ten oto sposób Agata weszła do rodziny Zygmunta, a Zygmunt do rodziny Agaty. O ile jego rodzina prawie w całości ją zaakceptowała, tak członkowie jej rodziny za Zygmuntem nie przepadali.  Uważali, że Zygmunt wżenił się w dobrze usytuowaną rodzinę Agaty wyłącznie ze względów materialnych.  
Po ślubie zamieszkali z rodzicami i rodzeństwem Agaty.

Jakiś czas po ślubie teściowie Zygmunta po rozmowach z młodymi postanowili powiększyć ich dom dobudowując dwa dodatkowe pomieszczenia. Jedno miało być wspólne i spełniać funkcję ganku czy też przedpokoju. Drugie miało należeć do młodych i służyć jako kuchnia. I tak na wiosnę ruszyły prace nad dobudówką. Wtedy też zaczęła ujawniać się druga natura Zygmunta. Jedna z takich sytuacji bardzo zapadła w pamięci jego teściowej. 
- A co to mamusia robi? - zapytał z głupkowatym uśmiechem na twarzy. Matka Agaty tylko spojrzała na niego i nie odzywając się wróciła do przerwanej czynności.
Zygmunt ominął teściową i poszedł do domu, bo przecież był zmęczony po pracy. Lecz to, że teście kopali dół pod dobudówkę, która miała służyć w dużej mierze młodym w ogóle go nie obeszło. Po kilku minutach kobieta usłyszała kłótnię córki z mężem i mimo, że nie starała się mieszać w ich życie to tym razem postanowiła zareagować. 
- Zygmunt czego tak się wydzierasz, na całej ulicy cię słychać - odezwała się kobieta. 
- Niech się mama nie wtrąca to nasze sprawy - padło z ust Agaty.
- No właśnie nie wpierdalaj się. Zajmij się budową - usłyszała od Zygmunta. Poczuła się tak jakby dostała w twarz. 
Zacisnęła tylko zęby i aby nie rozpłakać się przy nich opuściła pomieszczenie. 
Późnym wieczorem gdy wrócił z pracy ojciec Agaty dowiedział się o całym zajściu od żony. 
- Wierz mi, gdyby nie to, że Agata jest w ciąży pogoniłabym ich oboje. Jedno warte drugiego.
- Czasami zastanawiam się co ona miała w głowie wiążąc się z nim. Przecież  z jej urodą mogłaby mieć nie jednego. Wiesz Halinko jakoś nie wróżę im dobrego życia.  I jak mi Bóg świadkiem chciałbym się mylić - mówił Franciszek, nie zdając sobie sprawy jak bardzo staną się prorocze te jego słowa. 
Czas płynął, budowa nabierała kształtu. Wiosna zawitała w końcu na dobre. Agata już nie pracowała, do rozwiązania zostały zaledwie dwa miesiące. W ich małżeństwie coraz częściej dochodziło do kłótni, często wówczas interweniował ktoś z rodziny Agaty. Zygmunt nie był typem zięcia jakiego sobie wyobrażali jej rodzice. Był często wulgarny, chamski, bezczelny, ale w jakimś sensie miał na to pozwolenie Agaty, bo  gdy obrażał kogoś z jej najbliższych ona nie reagowała, a nawet stawała po jego stronie. Natomiast Agata była bardzo lubiana przez rodzinę Zygmunta. Przez swojego teścia Czesława i teściową Adelę była wręcz uwielbiana. Często mówiono, że to dusza towarzystwa. Tylko jedna z sióstr Zygmunta nie przepadała za Agatą, ale to była niechęć obustronna. Obie kobiety jakoś nie darzyły się sympatią. Lecz na Agacie nie robiło to większego wrażenia. Ona miała poparcie ze strony teściów, co nawet samego Zygmunta czasami irytowało. Jednego razu nawet sam na własnej skórze przekonał się o tej zażyłości.
Wrócił z pracy pijany i dość mocno pokłócił się z Agatą oraz jej rodziną.
- Wynoś się stąd – usłyszał od żony.
Grzecznie zabrał się i wyszedł przy okazji przeklinając rodzinę Agaty pod nosem. Po niespełna kwadransie był w domu rodzinnym i zamiast zostać przyjętym z otwartymi ramionami dostało mu się jak tylko wytrzeźwiał.
- Wracaj do żony pijaku jeden. Założyłeś rodzinę to wracaj do niej – usłyszał, gdy tylko wstał. Głowa bolała, a matka ciosała mu kołki na głowie. I niby nic dziwnego, że matka próbuje przywrócić go do porządku, ale przecież tam wszyscy byli tacy.

Wreszcie nadszedł maj i dzień kiedy Agata urodziła córkę. Dziewczynka urodziła się zdrowa, co zakrawało na cud. Agata dzień wcześniej wraz ze swoją teściową dość hucznie obchodziły święto jakim jest Dzień Matki. Nie tylko hucznie, ale i mocno zakrapiane. Dziewczynka była wierną kopią ojca.


Identyczny kolor oczu, ten sam wykrój ust. Zygmunt chodził dumny jak paw. Agata najzwyczajniej w świecie wykonywała swoje obowiązki jako matka, ale bez większego entuzjazmu. Kilka miesięcy później ochrzczono dziecko nadając mu imię Bożena. Chrzestnymi zostali siostra Agaty oraz kolega Zygmunta.

Bożenka była oczkiem w głowie dziadków, cioć i wujków ze strony matki. Rodzina ojca po prostu ją tolerowała. Przez kolejne dwa lata niewiele się zmieniło w życiu Agaty i Zygmunta.  Bożenka rozwijała się zdrowo i tylko dorastała w domu, gdzie rodzice coraz częściej zaglądali do kieliszka i robili awantury. 

Jak się okazało Zygmunt miał ciężką rękę, która niejednokrotnie lądowała na twarzy Agaty. Często Bożenkę do siebie zabierali dziadkowie Halina i Franciszek, co skutkowało dodatkowym powodem do kłótni. Gdy tylko dziewczynka była na tyle już duża rodzice Agaty od wiosny do jesieni zabierali ją do siebie na wieś. Dzięki temu oszczędzali wnuczce widoku pijanych rodziców i awantur. 
Dla nich samych to też było wybawienie, bo mogli wyjść do znajomych czy do rodziny Zygmunta bez zbędnego balastu jakim była córka. 
Trzy lata po urodzeniu Bożenki Agata urodziła drugie dziecko syna, który był lustrzanym odbiciem matki. 


Przemek w przeciwieństwie do Bożenki był ulubieńcem rodziny ze strony ojca. Narodziny dziecka w każdej rodzinie to radość dla wszystkich, ale jak się okaże nie do końca tak było w tym przypadku. Bożenka jako małe dziecko nie rozumiała tego. 
- Kochanie Przemuś jest malutki i potrzebuje więcej uwagi - próbowała wnuczce tłumaczyć babcia Halina. 
Chociaż jej samej było trudno zrozumieć to dziwne zachowanie swojej córki i zięcia, ale i jego rodziny. 
Wielokrotnie widziała jak Agata i Zygmunt zaczęli traktować córkę. Nic dziwnego, że ta mała dziewczynka czuła się odtrącona przez rodziców.
- Bądź cicho bo Przemek śpi. Zajmij się bratem - tego typu słowa padały z ust matki albo ojca Bożenki. 

- Agata tak nie można -
jednego razu mówiła matka do Agaty, gdy ta kolejny raz była światkiem ich zachowania wobec Bożenki.
- O co ci mamie chodzi? - zapytała Agata nie rozumiejąc o co chodzi matce.
- Nie udawaj, od jakiegoś czasu wiecznie krzyczycie na nią, wymagacie aby zajmowała się małym - wyjaśniła córce.
- Mama przesadza. Co jest złego w tym, że czasami popilnuje Przemka, przecież jest jego starszą siostrą. Ja sama zajmowałam się młodszym rodzeństwem - odpowiedziała, ale tylko spowodowała wybuch gniewu u swej matki.
- Nie bądź bezczelna - padło z ust matki. Prawdą było, że czasem Agata jako najstarsza z całej trójki miała zając się rodzeństwem, ale nie miała wówczas zaledwie trzech lat. I były to wyjątkowe sytuacje, a oni wręcz wyręczali się tą małą dziewczynką. 
Jedna z takich sytuacji zwłaszcza zapadła w pamięci małej Bożenki. Dziewczynka miała zaledwie trzy i pół roku, a jej braciszek niecałe pół roku. Był to czas Świąt Bożego Narodzenia. Całą czwórką wracali do domu od rodziny Zygmunta. Bożenka pchała przed sobą wózek z bratem, a rodzice idąc za nią kłócili się, wyzywali od najgorszych.
- Proszę nie kłóćcie się - prosiła Bożenka.
- Wypierdalaj do domu – usłyszała z ust rodziców.
Mała odwróciła się i ze łzami w oczkach pchając przed sobą wózek szła do domu nie odzywając się już nic.
Tego typu sytuacje powtarzały się dość często.

- Wiesz mamo czasami to wygląda tak jakby Agacie nie zależało na Bożence - kiedyś padło takie stwierdzenie z ust siostry Agaty. 
CDN...