niedziela, 6 kwietnia 2025

DZIEDZICTWO część VII

 Na początku kilka słów odnośnie mojej nieobecności w ubiegłym tygodniu - jak się okazało nie jestem człowiekiem ze stali i zostałam pokonana przez grypę. Przez prawie dwa tygodnie nie potrafiłam normalnie funkcjonować. Stąd też brak mojej nieobecności.


Od tej pamiętnej rozmowy w parku niewiele się zmieniło. Marek tak jak obiecał cierpliwie czekał. Jednak z każdym kolejnym dniem było to coraz trudniejsze. Owszem spędzali ze sobą znacznie więcej czasu niż dotychczas to miało miejsce. Ale bardziej wyglądało to jak wspólny wypad dwójki przyjaciół a nie zakochanych ludzi. 
- Marek możemy porozmawiać? - usłyszał któregoś dnia, po tym jak przyszedł do pracy. 
- Jasne - odparł i zaprosił swoją asystentkę do gabinetu. 
Wstała i zabierając ze sobą teczkę leżącą na biurku powędrowała za swoim przełożonym. 
- Proszę to dla ciebie - rzekła jak tylko zamknęła za sobą drzwi. 
- Co to jest? 
- Otwórz a się dowiesz - odparła. Ten już bez zbędnych słów zajrzał do środka i  aż oniemiał na to co tam ujrzał. 
- Ula, ale to nie jest tak jak myślisz - zaczął mówić nie bardzo wiedząc co tak naprawdę ma powiedzieć. 
- Może po prostu prawdę - zasugerowała i nie dopuszczając go do głosu kontynuowała - jeszcze kilkanaście dni temu wyznałeś mi miłość, a ja wczoraj wychodząc z firmy dostałam tę teczkę. 
- Ula, tak spotykałem się z tą kobietą, ale to było jeszcze na długo przed tym jak poznałem ciebie. I tak w tamtym czasie często wraz z Sebą szlajaliśmy się po knajpach. Ale to już przeszłość. Proszę cię uwierz mi - mówił, jednak ona zdawała się nie wierzyć w jego słowa. Był wściekły, że ktoś próbuje go oczerniać w jej oczach. Zastanawiał się kto to może być. Nie sądził aby to była ta sama osoba co na zdjęciu. Wiedział, że Mirabella wyjechała nie tylko z miasta, ale i z kraju. A i rozstali się bez żadnych animozji ani jakichkolwiek pretensji. Każde poszło swoją drogą - jeśli pozwolisz to udowodnię ci to nawet teraz. Mogę zadzwonić do niej...
- Czyli nadal masz z nią kontakt? 
- Nie, nie mam. A numer telefonu mam, bo swojego czasu występowała na naszych pokazach - jednak Cieplak była nie przekonana. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale usłyszeli pukanie do drzwi a po chwili ujrzeli w nich Krzysztofa wraz z Heleną. 
Przywitali się ogólnym dzień dobry. 
- Może zaproponuję państwu coś do picia? 
- Jeśli to nie kłopot, to poprosimy o dwie kawy - padło z ust Heleny. 
Niespełna kwadrans później rodzina Dobrzańskich mogła spokojnie porozmawiać we własnym gronie. 
- Co was sprowadza? - zainteresował się junior. Chociaż tak szczerze mówiąc wolałby teraz dokończyć rozmowę z Ulą i wyjaśnić całe to nieporozumienie. 
- Byliśmy właśnie u mecenasa, bo miał dla nas ważne informacje. 
- O, jest jakiś przełom w sprawie? - zaciekawiony dopytywał. 
- Wyobraź sobie synu, że ta dwójka podrobiła mój podpis. 
- Jak to podrobili? 
- Mecenas mówił, że z badań grafologicznych wynika iż na tym piśmie był złożony podpis Francesco i mój. Oba były podrobione - Marek słuchał tego wszystkiego i tylko kręcił z niedowierzaniem głową. 
- Co oni sobie myśleli, że to się nigdy nie wyda? - zastanawiał się głośno wyrażając swoje zdanie. 
- Najwyraźniej tak właśnie myśleli - odezwała się dotychczas milcząca Helena. 
- I co teraz będzie? - dopytywał Marek. 
- Adwokat w naszym imieniu złoży sprawę do sądu. W akcie będzie napisane, że są oskarżeni o podrobienie podpisów oraz próbę wyłudzenia - wyjaśnił senior. 
- Czyli pozostaje nam czekać na termin rozprawy? 
- Mecenas mówi, że nie powinniśmy zbyt długo czekać. Mamy niezbite dowody na ich oszustwo. 
Rozmawiali jeszcze przez jakiś czas kiedy to w końcu z kanapy podniósł się Krzysztof mówiąc. 
- Idę zajrzeć do Pshemko. 
- To idź Krzysiu, ja tu na ciebie poczekam - zwróciła się do męża pani Dobrzańska. 
- Synku czy u ciebie wszystko jest w porządku? - dopytywała kobieta. Marek początkowo nie chciał nic mówić, ale przenikliwe spojrzenie matki sprawiło, że rzekł. 
- I tak i nie. 
- Musisz przyznać, że to dość lakoniczna odpowiedź. 
- Jeśli chodzi o firmę to jest w porządku. A teraz po tym co powiedzieliście mi z tatą, to bardzo się cieszę. 
- Ale ja nie pytam o sprawy firmowe. 
- No cóż dopadła mnie moja własna przeszłość. I to ta, o której wolałbym zapomnieć. 
- Wybacz synku, ale wciąż nie rozumiem. Możesz mi powiedzieć co się takiego stało? Masz jakieś kłopoty? Potrzebujesz naszej pomocy?
- Tak mam pewne problemy, ale nie jesteście w stanie mi pomóc - mówił, Helena chciała najwyraźniej dopytać lecz on ubiegł matkę - muszę sam sobie poradzić z tą sprawą. 
O więcej nie dopytywała, bo znała swojego syna aby wiedzieć, że i tak nic więcej nie powie. 

Do lunchu nie mieli kiedy porozmawiać, bo oboje musieli zająć się pracą. 
- Ula możemy po pracy dokończyć naszą rozmowę? - zapytał kiedy ta wróciła z bufetu. 
- Przykro mi Marek, ale nie - widząc jego minę pospieszyła z wyjaśnieniem - możemy to zrobić jutro. Dzisiaj wychodzę o czternastej. Zgodziłeś się na to moje wyjście dwa dni temu - pokiwał głową potwierdzająco. 
- A tak, faktycznie mówiłaś mi. Przepraszam zapomniałem. 
- Nic nie szkodzi w końcu masz tak wiele na głowie - ta miała na myśli pracę, ale zabrzmiało to nieco dwuznacznie. Jednak nie sprostowała tego.  

Do końca dnia nie potrafił się skupić na pracy. Cały czas zastanawiał się nad tą przesyłką, którą otrzymała Ula. Rozmyślał kto mógł to zrobić. Ale i przyglądając się tym zdjęciom zauważył, że to może być całkiem niezły fotomontaż. No tylko jak udowodnić ten fakt? W pewnym momencie chwycił telefon i wyszukał w kontaktach ten jeden konkretny numer. 
- Witaj. Stęskniłeś się? - usłyszał po kilku sygnałach. 
- Nie, nie stęskniłem się, ale chciałem o coś zapytać. 
- To pytaj. 
- Nadal przebywasz we Francji? 
- Tak i raczej nie zamierzam wracać do Polski - usłyszał z drugiej strony słuchawki. Nieco odetchnął. 
- A dlaczego pytasz? - zaciekawiła się kobieta. 
- Mam swoje powody - odparł. Nie chciał jej wtajemniczać w swoje prywatne sprawy. 
- W porządku. Nie wnikam - usłyszał. Pożegnał się zwykłym cześć i rozłączył się. 

Następnego dnia to on był pierwszy w pracy. Przyjechał do firmy na kwadrans przed przyjazdem Uli. Zaparkował swojego Leksusa wprost wejścia do firmy i czekał aż pojawi się Cieplak. Siedząc w aucie miał wrażenie jakby się dusił. Bardzo mu zależało aby wyjaśnić tę całą sprawę. Pragnął aby ta mu uwierzyła. Wreszcie ją ujrzał. 
- Ula - zawołał kiedy tylko była w pobliżu jego auta. 
- O, cześć Marek - odezwała się a on natychmiast zauważył tę zmianę. A raczej brak aparatu na  zębach. 
- Pięknie wyglądasz - rzekł natychmiast. 
- Dziękuję - odparła i swoje kroki skierowała w stronę wejścia do firmy. 
- Ula chciałem porozmawiać. 
- Marek, ale my nie mamy o czym rozmawiać. Ty masz swoje życie i mi nic do tego. Rozumiem, że skoro nie zgodziłam się zostać twoją dziewczyną, to ty masz prawo umawiać się z innymi. Ale nie rozumiem po co były te zdjęcia, skoro nie jesteśmy parą - mówiła, jednocześnie próbując się nie rozpłakać. 
- Ula od czasu, kiedy wyznałem ci co czuję do ciebie nie umawiam się z żadną inną. Cierpliwie czekam, aż w końcu dasz mi, nam  szansę na stworzenie prawdziwego związku. Wczoraj kiedy wyszłaś z pracy ja zadzwoniłem do tej ze zdjęć i wiem, że jej nie ma w Polsce. A te zdjęcia to zwykły fotomontaż - tłumaczył.
- Marek, ale ty mi naprawdę nie musisz się tłumaczyć.
- Ale chcę, bo mi zależy na tobie . 
- Mi też... - wyrwało się Uli. 
- Co tobie też? - dociekał. 
- Nie ważne - odparła i dodała - jakie to ma teraz znacznie.
- Nawet nie zdajesz sobie sprawę jak wielkie znaczenie - rzekł i dodał - wsiądźmy do auta i pojedźmy gdzieś, gdzie będziemy mogli spokojnie porozmawiać - widać było, że nie jest przekonana do tego pomysłu - Ula proszę cię. 
- Mam sporo spraw do zrobienia -  próbowała się wymigać od tej rozmowy. 
- Obiecuję ci pomóc we wszystkim, ale najpierw rozmowa - w końcu zgodziła się, widząc iż on nie zamierza odpuścić. 
Po kilkunastu minutach byli nad brzegiem Wisły. To tu mogli spokojnie wyjaśnić sobie wszystko co ich trapiło, a nie dotyczyło firmy, ale ich życia osobistego. 
Marek kolejny już raz tłumaczył, że to jest czyjeś celowe działanie. Obiecał też dowiedzieć się, kto za tym stoi. Kolejnym punktem tej rozmowy było opowiedzenie Uli o swoim prywatnym życiu przed tym jak ona pojawiła się w firmie. 
- Uwierz mi, że to dla ciebie się zmieniłem. Przestałem szlajać się po klubach. O niczym innym nie marzę jak tylko o tym aby stać się twoim chłopakiem. Umawiać się z tobą na randki - mówił patrząc jej prosto w oczy. 
Zapanowała kompletna cisza, która drażniła uszy. On pragnął wreszcie usłyszeć to co zaczęła jeszcze przed firmą. A ona znowu nie bardzo wiedziała, a może wiedziała tylko się bała. Ale czego niby miałaby się bać. Kolejny już raz usłyszała jego zapewnienia o swoich uczuciach. Czy jeśli byłoby inaczej to tak by mu zależało na wyjaśnieniu tego zamieszania ze zdjęciami? 
- Ula proszę cię powiedz coś - przerwał tę cieszę. 
- Marek...- zaczęła dość niepewnie - to nie jest tak, że nic do ciebie nie czuję. Zależy mi na tobie. I na pewno nie jesteś mi obojętny - te słowa wlały mu mnóstwo otuchy w serce. 
- Ula, proszę dajmy sobie szansę. Daj mi szansę. A udowodnię ci jak bardzo zależy mi na tobie. 
CDN...

niedziela, 23 marca 2025

DZIEDZICTWO część VI

- Cześć Marek - usłyszał w słuchawce - dzwoniłeś, a ja nie mogłam odebrać. 
- Dziękuję ci, że oddzwoniłaś. Chciałbym się spotkać razem z tobą. 
- W poniedziałek będę w pracy to będziemy się widzieć. 
- Ula, przepraszam cię lecz praca nie jest odpowiednim miejscem. Powiedzmy, że nie dotyczy to firmy. 
- To możemy po pracy wybrać się na spacer po parku i tam na spokojnie porozmawiać - usłyszał propozycję swojej asystentki. 
- Myślę, że to już dużo lepsze miejsce - odpowiedział i dodał - muszę kończyć teraz, bo dojeżdżam do rodziców. Wróciłem właśnie z Włoch i mam im kilka rzeczy do przekazania. 
Pożegnali się wspólnie wypowiedzianym "cześć" i rozłączyli się. 
Ula zachodziła w głowę o co może chodzić jej szefowi. 
- O czym on chce rozmawiać? - zastanawiała się. Te jej rozmyślania przerwał dzwonek do drzwi. Chwilę później ujrzała swojego przyjaciela Maćka. 
- Mam te moje dokumenty, o które prosiłaś - podał jej teczkę. Ta wzięła i odłożyła na niewielki stoliczek w pokoju - Ula coś ty taka jakaś taka nieobecna? - dopytywał Szymczyk. 
- A to nic takiego. Tak po prostu o czymś się zamyśliłam. Ale już zamieniam się w słuch. Mów co udało ci się zdziałać - Maciek krok po kroku wyjaśniał co załatwił w ciągu ostatnich kilku dni. Na koniec dodał. 
- Myślę, że jeśli ten twój szefunio się zgodzi to najdalej za tydzień ruszymy z tym wszystkim.
- Myślę, że nie powinien robić problemów. W końcu to również z korzyścią dla firmy - rzekła z całą pewnością w głosie. 

- To co udało ci się dowiedzieć synku? - dopytywała go matka jak tylko usiedli przy stole. 
- Oboje wychowywali się w domu dziecka - zaczął Marek. 
- Jak to w domu dziecka? Przecież rodzina Francesco miała się zająć nimi obojgiem - odezwała się ponownie Helena. 
- Tak było na samym początku. Ale nad tą rodziną to chyba jakieś fatum wisi. Przez dwa lata wychowywał ich brat Francesco. Jednak najpierw choroba jego żony a potem on sam podupadł bardzo mocno na zdrowiu. Wówczas Pauliną i Aleksem miała zająć się babcia. Lecz ta z niewiadomych przyczyn oddała wnuki do domu dziecka. 
- Nie mieli łatwego życia - odezwał się senior i chciał coś jeszcze powiedzieć, lecz Marek tak jakby wyczuwał o co zamierza zapytać go ojciec zaczął kontynuować.
- Po opuszczeniu placówki zamieszkali wraz z babcią. Jednak ta zmarła jakieś pół roku temu. I podczas porządkowania domu po staruszce znaleźli jakieś dokumenty. Papiery mają ponoć być dowodem, że Francesco miał pięćdziesiąt procent udziałów. Osobiście nie widziałem tego. Dlatego też zażądałem, aby przysłano nam ten dokument. Spotkałem się z ich adwokatem, ale ten próbował mnie zbyć, jakimiś tanimi tekstami. Zadzwoniłem jeszcze tego samego dnia do naszego adwokata i ten faksem przysłał mi nakaz aby wydano mi takowy dokument - przerwał ma moment aby wyciągnąć z teczki właściwy papier. 
- Spójrzcie - dodał wręczając im pismo. 
- To nie możliwe, aby Francesco miał jakiekolwiek udziały. 
- Tato spokojnie. Jestem umówiony na jutro z naszym adwokatem. A on na pewno poprowadzi wszystko jak się należy - próbował uspokoić ojca, który najwyraźniej źle znosił tę całą sytuację. 

- Szkoda, że to tylko kserokopia - odezwał się młody Dobrzański do mecenasa Knopa. 
- To żaden problem - odparł mu adwokat i pospieszył z wyjaśnieniem - otóż potrzebna jest nam, a raczej grafologowi próbka pańskiego ojca. I na tej podstawie sprawdzimy czy to jest ten sam rodzaj pisma. 
- Ja oprócz tej kopi mam również zrobione kilka zdjęć tego pisma - dodał Marek. 
Informacja jaką otrzymał od adwokata nieco go uspokoiła. 
- Prosiłbym aby w jak najszybszym czasie o dostarczenie takiej próbki pisma. 
- Oczywiście. Najdalej jutro przyjedziemy wraz z ojcem. 
Tak jak obiecał kolejnego dnia wraz z Krzysztofem stawili się w kancelarii i senior Dobrzański napisał kilka zdań zakończone podpisem. 
- Tyle powinno wystarczyć - odezwał się Knap i dodał - jeszcze dzisiaj zawiozę wszystkie te dokumenty do analizy grafologicznej. 
Podziękowali mężczyźnie, mieli już wychodzić kiedy usłyszeli. 
- Wysłałem osobiście pismo do ich adwokata z żądaniem przysłania mi oryginału tego pisma. 

Opuszczali firmę w milczeniu. Każde zastanawiało się jak zakończy się ta rozmowa. Szli już jakąś chwilę parkowymi alejkami. Marek milczał jednocześnie próbując ułożyć sobie jak jej to powiedzieć, Ula nie popędzała go, ale i tak obawiała się co może usłyszeć. 
- To o czym chciałeś rozmawiać? - nie wytrzymała w końcu i przerwała tę ciszę. 
- Ula wiem, że to co chcę ci powiedzieć może cię bardzo zszokować - zaczął. 
- Zaczynam się niepokoić - weszła mu w słowo. 
- Nie potrzebnie Ula. Z mojej strony nic ci nie grozi. Lecz ja obawiam się jak ty zareagujesz na to co chcę ci powiedzieć. 
- To wyduś to wreszcie z siebie. I nie męcz nas oboje - rzekła. 
- Ula ja wiem, że znamy się dość krótko. Niespełna pół roku, ale kiedy wyjechałem do Włoch zrozumiałem pewną rzecz - znowu zapadła krępująca cisza.
- No wyduś to z siebie. Co takiego zrozumiałeś będąc tam we Włoszech? - dociekała Cieplak. A młody Dobrzański rugał samego siebie w myślach, że zachowuje się jak jakiś młokos. Jak ktoś, kto nie potrafi wyznać swoich uczuć kobiecie. Wziął głęboki wdech i po chwili wypalił jak z procy. 
- Zakochałem się w tobie Ula - ta zdawała się wyglądać jakby dostała czymś w głowę - Ula proszę cię powiedz coś - w końcu głosem pełnym niedowierzania wykrztusiła. 
- To nie może być prawda. 
- Dlaczego tak myślisz? 
- Marek spójrz na mnie. My jesteśmy z dwóch różnych światów - mówiła. Teraz to on był w szoku tym co usłyszał. 
- A co to ma do rzeczy? Czy to jakieś średniowiecze? Że aby tworzyć związek trzeba mieć ten sam status materialny? - mówił cały czas przyglądając się swojej jak na razie tylko asystentce - przyglądałem się tobie już wiele razy i patrzę na ciebie teraz i jeśli chcesz to ci powiem kogo widzę - mówił - cudowną, piękną, mądrą kobietę. I to skąd pochodzisz nie ma tu najmniejszego znaczenia. Zakochałem się w tobie, bo masz piękne i zarazem bardzo bogate wnętrze. Nie jesteś jak te wszystkie modelki pusta. Zrozumiałem to właśnie tam we Włoszech. Już po wejściu do samolotu poczułem jakąś pustkę, na początku nie umiałem tego zdefiniować. Jeśli można tak to nazwać. Ale kiedy byłem już tam na miejscu coraz bardziej doskwierało mi nieznane dotychczas uczucie tęsknoty. Tak Ula dobrze słyszysz tęskniłem właśnie za tobą. Chciałem jak najszybciej załatwić to co było do załatwienia i wrócić do kraju, do ciebie. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłem po opuszczeniu lotniska był właśnie telefon do ciebie. Chciałem cię usłyszeć i umówić na spotkanie - siedziała, słuchając tego wszystkiego będąc nadal w szoku. Prawdą było, że ten niesamowicie przystojny mężczyzna jej też nie był obojętny. Lecz próbowała zagłuszyć w sobie to uczucie. Właśnie z powodu pochodzenia. Ona z biednej rodziny, niezbyt atrakcyjna, z aparatem na zębach, w okularach zasłaniających pół twarzy. A on z majętnej rodziny, urodziwy, z dołeczkami w policzkach przy każdym uśmiechu. 
- Marek ja nie wiem co mam powiedzieć. Ale jeśli możesz to daj mi czas - poprosiła. 
- Dam ci Ula tyle czasu ile tylko będziesz potrzebować - mimo tego, że nie usłyszał wyznania z jej strony, to poczuł swojego rodzaju ulgę. Wiedział, że musi jej to wyznać. A teraz no cóż musi uzbroić się w cierpliwość, zapewne w całe pokłady cierpliwości. 
- Marek a mogę cię o coś zapytać? Oczywiście jeśli nie chcesz nie musisz odpowiadać. 
- Pytaj - usłyszała w odpowiedzi. 
- O co chodzi z tymi Febo? Ludzie coś przebąkują, że ktoś wykupił firmę i kroją się zwolnienia. Jak ciebie nie było to ci Febo a zwłaszcza on kręcił się po firmie - widać, że to co usłyszał na końcu zszokowało go. 
- Nikt nie przejął firmy i nie zamierzamy zwalniać ludzi. Tak jak ci już wspominałem to dzieci tragicznie zmarłych przyjaciół moich rodziców - w tym momencie Marek opowiedział Uli o początkach firmy - oni tu zjawili się, bo rzekomo mają prawo do połowy firmy. Dlatego też poleciałem do Włoch aby dowiedzieć się czegoś więcej o tej dwójce. Widziałem dokument, który podobno podpisał mój ojciec. 
- Który? Podobno? Dziwnie to brzmi. 
- Właśnie nie Ula. Faktem było, że Francesco miał zostać wspólnikiem ojca, ale ten wypadek to przekreślił - mówił Marek.  
Zrobiło się już dość późno więc Marek nie zastanawiając się zaoferował jej podwiezienie. Zgodziła się bez słowa, a jemu serce się radowało. Dzięki temu mógł być z nią nieco dłużej. 
- Ula jutro obiecuję przejrzeć to co mi przyniosłaś. Jak sama wiesz, nie bardzo było kiedy to dzisiaj zrobić - próbował się tłumaczyć. 
- W porządku, nic się nie stało. Wiadomo, że czasem jest coś pilniejszego. 
CDN...

niedziela, 16 marca 2025

DZIEDZICTWO część V

 Weszła do środka, a widok jaki zastała dał jej do myślenia. 
- Marek? - odezwała się półszeptem do siedzącego na fotelu z ukrytą  w dłoniach twarzą. Powtórzyła jego imię i dodała - Coś się stało? 
Ten już miał się odezwać kiedy z impetem otworzyły się drzwi, a w nich ujrzeli dwójkę młodych ludzi. 
- Mówiła państwu, że dyrektor jest zajęty - usłyszeli Kubasińską - Marek ja mówiłam, że jesteś zajęty - próbowała się tłumaczyć kobieta. 
- W porządku Viola - usłyszała i jak duch zniknęła za drzwiami. 
- Co tu robicie? - zwrócił się do przybyłych. 
- Nie przedstawisz nas? - odezwał się mężczyzna. 
- Pozwól Ula, że ci przedstawię to jest Paulina i Aleksander Febo, a to moja asystentka Urszula Cieplak - dokonał prezentacji - skoro mamy już za sobą tę część, to może powiecie co tu robicie? 
- Marek ja będę u siebie, gdybyś czegoś potrzebował - zwróciła się do swojego przełożonego, następnie odezwała się do gości - było mi miło poznać. Napiją się czegoś państwo.
- Ja poproszę kawę - padło z ust kobiety, mężczyzna podziękował mówiąc. 
- Nie zabawimy tu zbyt długo. 
Ula podczas tej krótkiej wymianie zdań wyrobiła sobie już jakiś obraz tej dwójki. Nie widziała ich tu nigdy wcześniej. Marek podał nazwisko i początkowo Ula myślała, że to małżeństwo. Można było odczuć ze strony obojga Febo chłód, obojętność, wyniosłość i coś czego nie umiała zdefiniować. Odniosła wrażenie, że oboje zadzierają nosa. A pod skórą czuła, że pojawienie się tej dwójki może zwiastować kłopoty. Kilka minut Ula ponownie pojawiła się w gabinecie niosąc na tacy filiżankę z kawą, cukiernicą oraz niewielkim dzbanuszkiem wypełnionym śmietanką do kawy. 
- No to czego chcecie? - ponowił swoje pytanie Dobrzański. 
- Mamy do pogadania - padło z ust Aleksa. 
- Nie sądzę abym miał z wami jakieś wspólne tematy. 
- Ależ oczywiście, że masz. Chodzi o połowę firmy. 
- O co? 
- O naszą część firmy - padło z ust Pauliny. 
- Nie sądzę, aby chociażby ułamek tego co tu jest należało do któregoś z was. 
- I tu się mylisz. 
- Nie zamierzam z wami dyskutować na ten temat - odparł czym najwyraźniej rozzłościł tę dwójkę. Paulina dopiła kawę i wraz z bratem opuścili gabinet lecz wcześniej jeszcze usłyszał. 
- My tego tak nie zostawimy. 

Był wściekły na nich. Wczorajszego popołudnia zadzwonił do niego ojciec   prosząc aby jeśli może przyjechał. Wyczuwał w głosie swojego rodzica jakieś zdenerwowanie. Niespełna półgodziny później siedział w salonie rodzinnego domu, czekając co takiego mają mu do przekazania Helena z Krzysztofem. 
- Co wy jesteście tacy jakby przygnębieni? Coś z waszym zdrowiem? - dociekał kiedy tylko całą trójką usiedli przy stole. 
- Ze zdrowiem jeszcze jak na razie wszystko w jak najlepszym porządku - padło z ust matki a po chwili odezwał się senior. 
- Pamiętasz synu rodzinę Febo? - Marek zmrużył oczy tak jakby próbował sobie przypomnieć. 
- Tak przez mgłę. Pamiętam, że mieli dwójkę dzieci, syna i córkę. Ale nie bardzo pamiętam ich imion. Byliśmy wówczas małymi dziećmi. 
- Aleksander i Paulina. Ich rodzice to Agnieszka i Francesco Febo - wyjaśniła Helena.
- Dzisiaj dostaliśmy pismo z Włoch - kontynuował Krzysztof, podniósł się z krzesła, sięgnął po jakąś kopertę leżącą na regale. Marek pobieżnie przebiegł wzrokiem po piśmie i po chwili się odezwał. 
- Czy ja dobrze zrozumiałem ten cały Aleks i jego siostra domagają się połowy udziałów? 
- Dokładnie tak - rzekł senior. 
- Ale jak to możliwe, aby mieli jakieś prawo do udziałów firmy? Przecież od samego początku w nazwie nie widniało ich nazwisko - zastanawiał się młody Dobrzański. 
- Na krótko przed tym nieszczęsnym wypadkiem, miałem zrobić z Francesco wspólnika i dać mu połowę udziałów. Ale niestety nie zdążyliśmy tego uczynić. Ten wypadek wszystko przekreślił. Tego dnia byliśmy umówieni z notariuszem - opowiadał Krzysztof - jeszcze na krótko przed ich pogrzebem chcieliśmy zaopiekować się Pauliną i Aleksandrem, ale rodzina Francesco nie zgodziła się na to. 
Jeszcze dość długo trwały rozmowy Marka z rodzicami tego wieczoru. Sam Marek niewiele pamięta z tamtych czasów. Był małym, niespełna kilkuletnim dzieckiem i z tego co pamiętał to rodzeństwo również nie było wiele od niego starsze. Nawet nie był w stanie sobie przypomnieć jak ta dwójka wygląda.  
- Trzeba by może skontaktować się z prawnikiem tato - zasugerował. 
- Tak też uczyniłem i zanim tu przyjechałeś rozmawiałem z naszym prawnikiem. Jesteśmy umówieni na jutro na godzinę jedenastą. Powiedziałem, że będziemy tam obaj synku. 
- W porządku tato, na pewno przyjdę. 

Prawie całą noc nie mógł zasnąć, a kiedy to się udało, okazało się, że zaspał do pracy. Przez cały czas zastanawiał się co może się stać, w głowie układały się różne scenariusze. Ale najgorsze, że żaden nie był pozytywny dla niego i jego rodziców. Zastanawiał się również co mogło się dziać z rodzeństwem Febo przez te wszystkie lata. Od rodziców dowiedział się jedynie, że ich wychowaniem miała zająć się rodzina Febo. 

- Ula możesz przyjść? - poprosił asystentkę ponownie kiedy tylko został sam. Weszła i zajęła miejsce na kanapie. 
- Wszystko w porządku? Kto to był? - padło z ust Cieplak, ale zorientowała się, że nie powinna była pytać - przepraszam nie powinnam. 
- Spokojnie Ula nic się takiego nie stało. Ja jeszcze do wczoraj nie myślałem, że ich spotkam - rzekł i dodał - to dzieci tragicznie zmarłych przyjaciół moich rodziców. Więcej ci opowiem, ale nie teraz. Ja muszę wyjść przed jedenastą, bo jestem umówiony z tatą i adwokatem. Możliwe, że już dzisiaj mnie nie będzie w firmie. Stąd moja prośba abyś przypilnowała tu wszystkiego. A w razie czego pomoże ci Seba. 
- W porządku. O nic się nie martw, idź i załatw swoje sprawy - rzekła a następnie dodała - nie martw się wszystko na pewno się ułoży - próbowała mu dodać otuchy. 
- Dziękuję Ula. Oby się tak stało - odparł. Po czym  przekazał jej najważniejsze rzeczy jakie należało zrobić tego dnia, a na koniec dodał - część z tego przekaż Violce, nie bierz wszystkiego na swoją głowę. W końcu za coś jej też płacę. 
Pod koniec dnia Ula dostała wiadomość od Marka, że nie będzie go przez kilka dni, bo wylatuje do Włoch. Nie dopytywała, bo w końcu to nie jej sprawa, a Marek jak będzie chciał sam powie. 
Raz jeden z tak zwanej czystej ciekawości, wystukała nazwisko Febo w Google, ale nie znalazła niczego. 

Marek z Włoch wrócił w niedzielne przedpołudnie i wprost z lotniska udał się do rodziców, aby przekazać co udało mu się dowiedzieć. Jednak oprócz spotkania z Heleną i Krzysztofem pragnął spotkania z jeszcze jedną osobą. O ile to pierwsze spotkanie było czymś normalnym, tak już to drugie takie nie dla wszystkich wydawało się takie oczywiste. Niemal zaraz po wyjściu z lotniska, wyciągnął telefon i wybrał dobrze znany numer. Początkowo odezwała się poczta głosowa. 
- No cóż spróbuję później - mówił sam do siebie. 
Był mniej więcej w połowie drogi, gdy odezwała się jego komórka. Nacisnął odpowiedni guzik i już mógł rozmawiać przez zestaw głośnomówiący. Zawsze starał się jeździć zgodnie z przepisami i między innymi z tego powodu jadąc autem miał włączony zestaw. 
- Dobrzański słucham. 
CDN...

niedziela, 9 marca 2025

DZIEDZICTWO część IV

 Początkowo Kubasińska buntowała się takiemu rozwojowi sprawy. Nawet jednego razu poszła na skargę do samego Krzysztofa. 
- Panie prezesie to niesprawiedliwe - mówiła. 
- Ale cóż takiego jest niesprawiedliwego? 
- No jak to co, to całe przyjęcie tej pokraki na moje stanowisko - na słowo pokraka, w seniorze aż się zagotowało. 
- Pani Violetto nie podoba mi się to w jaki sposób nazywa pani Urszulę Cieplak. Uprzedzam, że jeśli nie zmieni pani swojego zachowania osobiście panią zwolnię - Kubasińska nieco zeszła z tonu, ale jednak nie zamierzała tak tego zostawić. Pomyślała, że może spróbuje pogadać jeszcze z Pshemko. Doskonale znała jego zdanie na temat wyglądu. 
- Pogadam jeszcze z mistrzem - pomyślała - no, ale najpierw pora na lunch. 
Siedziała przy stoliku, zajadając sałatkę kiedy to usłyszała dźwięk przychodzącej połączenia. Nie sprawdzając kto dzwoni nacisnęła na zieloną słuchawkę.
- Violetta Kubasińska, asystentka Marka Dobrzańskiego, słucham - wyartykułowała. 
- Do mnie i to natychmiast - usłyszała wściekły głos młodego Dobrzańskiego. 
- Już idę - odparła. 
- No zapewne ten paszczak coś wywinął i ja teraz będę musiała to zakręcać - pomyślała, przekręcając ostatnie słowo. I nawet przez moment nie pomyślała, że to ona jest tą winną. 
- Już jestem. Pali się czy co? - rzuciła przekraczając próg gabinetu swojego szefa. 
- Możesz mi powiedzieć co to miało znaczyć? Ta twoja wizyta w biurze mojego ojca - pospieszył z wyjaśnieniem o co mu dokładnie chodzi. 
- Ja tylko chciałam wyjaśnić tę sprawę z zatrudnieniem tej...- nie dane jej było dokończyć. 
- To ja decyduję kogo zatrudniam a kogo nie - wszedł jej w słowo Marek. 
Niemalże całą rozmowę słyszała Ula, która dosłownie chwilę później weszła do sekretariatu. Usiadła przy biurku i po chwili zaczęła się pakować. Nie chciała zostać tu dłużej. Od samego początku czuła się źle w tym miejscu. Owszem miała kilka życzliwych osób jednak każdy poranek przed wyjściem z domu stanowił dla niej problem. Ból brzucha, zdenerwowanie tak jakby miała iść kolejny raz na jakiś egzamin. 
Ze łzami w oczach pisała wypowiedzenie. W takim stanie zastał ją Sebastian. 
- Pani Urszulo czy coś się stało? 
- Nie, nic się nie stało - odparła. Olszański nie uwierzył, pochylił się na biurkiem i już miał coś powiedzieć kiedy z gabinetu za ścianą usłyszał podniesione głosy. 
- Proszę tu zaczekać i nie robić żadnych głupstw - poprosił. Chwycił za klamkę od drzwi i otworzył je z impetem. 
- Słychać was aż przy windach - rzucił do tej dwójki. 
- Cześć Seba - odezwał się Marek - co cię sprowadza przyjacielu? 
- Mam do ciebie sprawę, ale chyba przyszedłem nie w porę - odparł, nie chciał a raczej nie zamierzał od razu mówić mu o tym co zastał w sekretariacie. 
- My już skończyliśmy - zwrócił się do Kubasińskiej. I kiedy tylko kobieta opuściła pomieszczenie Marek zaciekawiony co też chce przyjaciel dopytywał - to co to za prośba? 
- Dokupiłem kilka rzeczy do mojego mieszkania i chciałem cię prosić o pomoc. 
- A to o to chodzi. Ja myślałem, że chcesz się wybrać na jakiegoś drinka po pracy do klubu.
- No tak, tobie jak zwykle tylko imprezy w głowie. 

Od tego dnia dnia minęło trochę czasu, Ula nie odeszła z firmy za namową między innymi samego mistrza. 
- Urszula nie powinna się przejmować głupim gadaniem tej jakże mało rozgarniętej Violetty - mówił Pshemko, kiedy tylko dowiedział się, że ta chce odejść z firmy. 
- Ale mistrzu, ona nie da mi spokoju. Jest na mnie obrażona, że z asystentki została zdegradowana do stanowiska sekretarki - mówiła. 
W końcu widomość o jej odejściu dotarła również do obu panów Dobrzańskich. Zwłaszcza junior był zszokowany takim obrotem spraw. Postanowił porozmawiać z jedną i drugą. Pod koniec dnia poprosił je obie do swojego gabinetu. 
- Zaprosiłem was obie, bo mamy sobie coś do wyjaśnienia - rzekł jak tylko stanęły przed jego biurkiem. 
- Ale my już chyba dzisiaj...?
- Niczego dzisiaj sobie nie wyjaśniliśmy Viola - wszedł w słowo i domyślając się o co chodzi zaczął - zatrudniłem was obie, bo jak się okazało ty Viola kompletnie nie masz bladego pojęcia o tym jak powinna wyglądać nasza współpraca. Dlatego też postanowiłem zatrudnić również Ulę. Początkowo miałem nieco inny plan, ale za jej namową ty Viola zostałaś. Dlatego też zmieniłem ci jedynie stanowisko z asystentki na sekretarkę - Violka zdawała się być w szoku, że ta cała Cieplak chciała aby ona została. 
- A co takiego ma ona? - nie odpuszczała Kubasińska. Wówczas Marek wysunął jeden konkretny argument. 
- Wykształcenie - Violka nie miała już w tym momencie nic więcej do powiedzenia. 
Z czasem obie panie zaczęły się w miarę możliwości dogadywać. Chociaż nie wróżono temu niczego więcej niż zwykła znajomość. Kubasińska w pewnym sensie uznała nawet, że skoro nie już tu sama, to może jeszcze więcej czasu poświęcić na oglądanie stron z wyprzedażami. A co za tym szło większość prac spadła na Ulę. Ta jednak nie narzekała, cieszyła się pracą i tym, że jej rodzina wreszcie nie głoduje, że mają na opłaty. 
To ile pracy wykonuje Cieplak a ile Kubasińska zauważył również Marek. Stało się to któregoś dnia. Wyszedł z gabinetu już gotowy do wyjścia z firmy. 
- A ty co nie zbierasz się do domu? - zapytał Ulę, która nadal siedziała przed komputerem i coś pisała. 
- Muszę to skończyć do jutra - rzekła. Dobrzański pochylił się aby zobaczyć nad czym ta jeszcze pracuje. 
- Ula a czy to nie była robota jaką zleciłem wykonać Violce? - dociekał i odwrócił się w stronę biurka sekretarki. Jednak tam już od jakiegoś czasu nikogo nie było. Ta skinęła głową na potwierdzenie. 
- Proszę cię abyś to zostawiła w takiej formie jak jest. Mamy godzinę szesnastą trzydzieści, twój dzień pracy się skończył na dzisiaj. Ubieraj się i do domu. 
- Nie spieszy mi się. Mój autobus już odjechał kwadrans temu, a następny dopiero mam za niespełna czterdzieści minut - rzekła. Spojrzał na kobietę i niewiele myśląc odparł. 
- Chodź to cię odwiozę. 
- Marek to spory kawałek drogi. Nie chcę robić ci kłopotu. 
- To żaden kłopot - odparł i już ściągał ze stojącego w rogu pomieszczenia wieszaka jej sweterek. 
Ta wykonała jego polecenie i skończyła pracę, powyłączała wszystko. Wsiedli do jego auta, Ula podała swój adres i po chwili już jechali w kierunku Rysiowa. Całą drogę przejechali w milczeniu dopiero pod domem odezwała się Cieplak. 
- Dziękuję za podwiezienie. 
- Nie ma za co Ula. Przyjemność po mojej stronie. 
Kiedy nadszedł dzień wypłaty Ula nie dowierzała ile jej dostała. 
- Marek tu chyba jest pomyłka? - sugerowała. 
- Nic z tych rzeczy. Doskonale wiem, że wielokrotnie wykonywałaś nie swoją pracę - Ula więcej nie zamierzała dyskutować. 
Marek o tym, że Ula często wychodziła późno z firmy dowiedział się również od innych. Następnego dnia po tym jak ją odwiózł do domu postanowił dowiedzieć kilku rzeczy. I kiedy tylko przekroczył próg firmy zagadał do człowieka stojącego na portierni. 
- Panie Władku mam pytanie. Czy widywał pan aby pani Urszula wychodziła później z firmy niż pozostali? 
- I to wiele razy - odpowiedział mu mężczyzna. Dobrzański tylko pokręcił z niedowierzaniem głową. 
- Że też sam tego nie zauważyłem - ganił sam siebie w myślach. 
Rozmawiał jeszcze z kilkoma innymi osobami w firmie na temat tego co już wiedział. Sam Pshemko był pod ogromnym wrażeniem pracowitości jego asystentki. 
Chciał nawet porozmawiać o tym z samą Ulą, ale domyślał się, że będzie bronić Kubasińskiej. Dlatego też postanowił wynagrodzić jej to właśnie w postaci wyższego wynagrodzenia. 
Kilka razy zdarzało się, że Marek podwoził Ulę do Rysiowa, bo ta jak zwykle robiła coś za Violkę. 
Tego wieczoru również mieli wspólnie wracać do Rysiowa, ale tym razem nie było to z winy sekretarki. Marek miał umówione spotkanie z jednym z kontrahentów. Ale wszystko miało odbyć się w firmie i dopiero po godzinie piętnastej. Ula sama zasugerowała swojemu szefowi, że zostanie dłużej w razie, gdyby była potrzebna jakaś pomoc. 
- Dziękuję ci Ula. W takim razie po spotkaniu odwiozę cię do domu - tym razem nie protestowała. A nawet gdyby to doskonale wiedziała, że junior jej nie odpuści. 
Jechali już kilka minut kiedy to Marek przerwał panującą ciszę. 
- Ula a nie lepiej by było, gdybyś zamieszkała w Warszawie? 
- Myślę, że byłoby. Lecz jest kilka rzeczy, które nie bardzo mi na to pozwalają - odparła. 
- To znaczy? - dociekał i po chwili się zreflektował - przepraszam nie powinienem pytać. 
- Nic nie szkodzi. A to żadna jakaś tajemnica - odpowiedziała - jedną z takich rzeczy to, to że mnie najzwyczajniej w świecie nie stać na mieszkanie w stolicy. Druga sprawa to moja rodzina. Jak wiesz utrzymujemy się tylko z mojej pensji. Dlatego też wyprowadzka nie jest możliwa, bo z jednej pensji nie dam rady utrzymać dwóch domów - wyjaśniła. A Marek tylko pokiwał głową, że rozumie, ale czy tak faktycznie było ciężko stwierdzić. Przecież on nigdy nie miał takich dylematów. Nie musiał się martwić o byt. Nie potrafił, a może nie chciał dostrzec takich ludzi jak Ula i jej rodzina. Chociaż państwo Dobrzańscy starali się mu wpoić, że świat to nie tylko bogaci i piękni. Lecz z każdym kolejnym dniem spędzonym w jej towarzystwie zaczynał dostrzegać coś więcej niż czubek własnego nosa. Kilka razy nawet gościł w jej rodzinnym domu. Niby nic szczególnego, zwykły, niewielki dom a jednak klimat jaki panował w tym domu był wyjątkowy. To z jakim szacunkiem ta rodzina podchodziła do wszystkich i wszystkiego urzekło go. Sam o sobie niewiele mówił, ale Ula ani nikt z jej rodziny nie wypytywał go. Jednak nie zdawali sobie sprawy, że to może się zmienić i to w najbliższym czasie. 

Obie siedziały już przy swoich biurkach, kiedy to spóźniony wszedł do sekretariatu młody Dobrzański. Było to dość dziwne, bo już od dawna się nie spóźniał. Często bywało tak, że to on był pierwszy. Tym razem nie dość, że spóźniony,  to nawet się nie przywitał. 
- A temu co się stało? - zastanawiała się Kubasińska. 
- Nie mam pojęcia - odparła szeptem Ula i dodała - wczoraj wszystko było w porządku. Po chwili usłyszały dźwięk telefonu na Uli biurku. Podniosła słuchawkę i zanim się odezwała usłyszała. 
- Ula proszę przyjdź do mnie jak tylko możesz. 
- Zaraz będę - odparła i dopytała - kawy chcesz? - w odpowiedzi usłyszała. 
- Nie, dziękuję. 
Wylogowała się i wyłączyła monitor. Coś jej mówiło, że to nie będzie krótka rozmowa. W stała od biurka i tylko jeszcze zwróciła się do Violi. 
- Viola nie łącz żadnych połączeń. Mów, że Marek oddzwoni i zapisuj kto dzwonił.
- W porządku Ula. 
CDN...

niedziela, 2 marca 2025

DZIEDZICTWO część III

 I otworzył kolejną teczkę. 
- O ta jest niezła - rzekł wskazując na zdjęcie. 


- A nie to co ta - wskazał na teczkę trzymaną przez kadrowego. Ten tylko pokręcił głową z niedowierzaniem. Owszem lubili obaj obracać się w towarzystwie pięknych kobiet. No, ale tu nie chodzi aby umawiać się z jedną czy drugą do klubów czy na randki. Dla Olszańskiego w tym przypadku chodzi o to co taka kandydatka może mieć w głowie - a tobie co nie pasuje? - dociekał młody Dobrzański. 
- Po prostu nie rozumiem cię. Nawet  nie raczyłeś przeczytać ich CV. A jedyne kryterium jakie uznałeś, to wygląd. Czy ty sądzisz, że łatwa buzia oznacza coś więcej niż ta nieatrakcyjna? 
- Ale co takiego może sobą reprezentować ta cała...? - zerknął na CV - Urszula. 
- Wyższe wykształcenie, ukończone dwa kierunki, biegła znajomość trzech języków w mowie i piśmie. Półroczny staż w banku na stanowisku biznesowy doradca - wymieniał Sebastian,  a na koniec dodał - o tamtej sam sobie poczytaj. Jest tego niewiele. 
Po tej rozmowie jakoś stracił ochotę na spotkanie z przyjacielem. Owszem spodobała mu się ta druga, Violetta Kubasińska, ale to tylko pod względem wyglądu i nic więcej. Lecz nie uważał aby nadawała się na takie stanowisko. Jednak Dobrzański podjął decyzję. 
- Zaproś na poniedziałek tą całą Violettę. 
- No jak sobie życzysz - odparł. 
Wyciągnął telefon i wybrał numer telefonu jaki znalazł na dokumencie. Po kilku sygnałach usłyszał. 
- Violetta Kubasińska słucham - sam się przedstawił po czym wyjaśnił w jakiej sprawie dzwoni - oczywiście, że będę - padło z ust blondynki. 
- No to w poniedziałek będziesz miał tę swoją asystentkę - zwrócił się do przyjaciela. 

W poniedziałek rano punktualnie o godzinie ósmej zjawiła się panna Kubasińska. Jak się z czasem okazało to był jedyny raz kiedy ta przyszła punktualnie. Od jej przyjęcia minął niespełna miesiąc, a niemalże cała firma miała tej kobiety serdecznie dość. Począwszy od prezesa, po panie sprzątające włącznie. Notorycznie się spóźniała wymyślając co i rusz jakieś nowe powody. Często zdarzało się, że nie wykonywała poleceń. Jakiś tydzień po tym jak ją przyjęto dostała całkowity zakaz wstępu do pracowni mistrza. 
- Marco jak jeszcze raz ta osoba wejdzie do mojej pracowni obiecuję ci, że odejdę - mówił wściekły Pshemko. 
- Obiecuję Pshemko porozmawiać z Violką - zapewniał go junior Dobrzański. 
- Violka coś ty znowu zrobiła Pshemko? - dociekał jeszcze tego samego dnia Marek. 
- Ja? Nic takiego. 
- Nic takiego? 
- No dobra poszłam, bo chciałam pożyczyć od niego jakąś kieckę - ten słysząc te słowa, a zwłaszcza ostatnie aż chwycił się za głowę. 
- Czyś ty już całkiem oszalała? Chyba nie wiesz dla kogo my szyjemy - ta faktycznie zdawała się nie bardzo rozumieć nawet tego co mówi do niej Marek, a co dopiero całą resztę. 
I takich różnych sytuacji było bardzo dużo. Potrafiła kogoś urazić, a roznoszenie plotek to już był poziom hard. Była szybsza niż Agencja Prasowa. 
Jednak któregoś razu czara goryczy się przelała. Sam prezes zlecił aby tym razem Marek reprezentował firmę w sprawie podpisania kontraktu. Młody Dobrzański zgodził się bez słowa. 
- Viola proszę przepisz tę umowę uwzględniając te wszystkie poprawki i wydrukuj - zlecił swojej asystentce. 
Żaden z panów Dobrzańskich nie spodziewał się czegoś takiego. Po niespełna godzinie Violetta weszła do gabinetu swojego szefa. 
- Proszę bardzo - rzekła, podała wydrukowaną kartkę i opuściła pomieszczenie. 
Marek z każdym kolejnym przeczytanym słowem, każdą kolejną linijką robił się coraz bardzie czerwony na twarzy. 
- Synu co się stało - dopytywał Krzysztof, który był w tym czasie u syna. 
- Normalnie szlak mnie tu zaraz trafi - rzekł i podając ojcu pismo mówi - spójrz co ta nawypisywała. 
Senior nie wierzył własnym oczom co czyta. 
Ta cała umowa to jakiś kompletny stek bzdur. Wyglądało to tak jakby panna Kubasińska bezmyślnie przepisała dosłownie każde słowo. 
- Synu to już nie jest pierwszy raz jak ta kobieta o mały włos nie sprowadziła na nas kłopoty - mówił rozgoryczony Krzysztof. 
- Seba możesz przyjść do mnie? - mówił do słuchawki. 
Zanim przyszedł Olszański Marek zabrał się za pisanie tej nowej umowy, zgodnie z tym jak miało to wyglądać. 
- Chciałeś coś? - rzekł wchodząc do gabinetu po usłyszeniu zaproszenia - o przepraszam pana , panie prezesie myślałem, że Marek jest sam - zreflektował się zauważywszy siedzącego na fotelu Krzysztofa. 
- Seba masz jeszcze, te CV z ostatniej rekrutacji? - pytał Marek.
- No mam - odparł mu kadrowy. 
- To zadzwoń do tej ...- nie mógł sobie przypomnieć imienia. 
- Urszuli - przypomniał mu Olszański. 
- Co to za Urszula? - zainteresował się prezes. 
- Jedna z kandydatek, którą odrzucił Marek, ze względu na wygląd - wyjaśnił Sebastian. 
- Na wygląd? - nie bardzo starszy mężczyzna rozumiał. Kadrowy niewiele myśląc szybkim krokiem wyszedł z gabinetu przyjaciela i za chwilę był ponownie. Pokazał teczkę zawierającą CV Cieplak - synu coś ty najlepszego zrobił? Wypuściłeś z rąk prawdopodobnie najlepszego specjalistę - zwrócił się do syna. 
Olszański już miał wybrany numer i naciskał na zieloną słuchawkę w celu połącznia, kiedy to Krzysztof poprosił go o ten telefon. 
- Dzień dobry Urszula Cieplak słucham - usłyszał miły, ciepły, kobiecy głos. 
- Dzień dobry pani. Nazywam się Krzysztof Dobrzański jakiś miesiąc temu składała pani do nas swoją kandydaturę.
- Tak zgadza się. 
- Chciałbym się dowiedzieć, czy nadal jest pani zainteresowana pracą u nas. 
Przez krótką chwilę panowała cisza. 
- Halo jest tam pani? - padło z ust prezesa. 
- Tak, tak jestem gotowa podjąć pracę w każdej chwili - odetchnął Krzysztof i chyba nawet Marek. 
- W takim razie zapraszam panią na jutro na godzinę dziewiątą. Wówczas podpiszemy umowę i zostanie pani wprowadzona w obowiązki, a od następnego dnia zacznie pani pracę - Ula podziękowała i pożegnała się. 
Wyszła uradowana z pokoju i z uśmiechem na ustach powędrowała do pokoju, gdzie siedział ojciec. 
- Odezwali się - rzuciła w stronę Józefa. 
- Odezwali? - nie rozumiał co to miało dokładnie znaczyć. 
- Zadzwonili do mnie w sprawie pracy w tym domu mody co byłam w zeszłym miesiącu - pospieszyła z wyjaśnieniem i dodała - jutro mam jechać podpisać umowę. 
- Cieszę cię córeczko - padło z ust pana Cieplaka. 
W firmie była sporo czasu przed umówioną godziną. Wjechała na piąte piętro, przedstawiła się, młodej dziewczynie stojącej za ladą recepcyjną. 
- Tak wiem, Marek mówił. Ale jest jeszcze wcześnie, możesz usiąść i poczekać - zrobiła jak jej powiedziano. Rozglądała się ciekawie po holu. Kiedy była tu poprzednio nie miała czasu na takie rzeczy. 
Było kilka minut przed dziewiątą, gdy otworzyły się drzwi windy. A z jej środka wyszło dwóch młodych mężczyzn . Podeszli do recepcji przywitali z tą samą dziewczyną co Ula. 
- Marek przyszła już pani Urszula Cieplak - rzekła Ania i wskazała na siedzącą na sofie pod oknem kobietę. 
- Dzień dobry pani - przywitali się obaj. 
- Marek Dobrzański zapraszam do mnie - rzekł. 
Cała rozmowa była dość krótka Marek przedstawił jej warunki zatrudnienia oraz stawkę. Następnie przeszli do działu HR podpisać umowę. 
- Witamy na pokładzie pani Urszulo - rzekł Olszański i wyciągnął na powitanie dłoń. 
- Ula, po prostu Ula - rzekła. 
- W takim razie proszę zwracać się do mnie Sebastian. 
Po tym wszystkim Marek wrócił do swojego gabinetu a Ula wróciła do Rysiowa. 
Jechała autobusem, a jej w pewnym momencie przypomniało się jedno z pytań. 
- Mam nadzieję, że jest pani punktualna? 
- Dość dziwne to pytanie - rozmyślała - a może chcieli wiedzieć czy jestem dyspozycyjna? - ta myśl nie dawała jej spokoju. Oczywiście odpowiedziała, że jak najbardziej jest punktualna. 

- Marek czy to prawda? - dopadła go Kubasińska kiedy szedł do swojego gabinetu. 
- Prawda z czym? - nie do końca rozumiał. 
- Podobno przyjąłeś jakąś nową. 
- Tak, zastąpi ciebie na stanowisku asystentki - rzekł. 
- No, ale dlaczego. Przecież niczego nie zrobiłam - próbowała się bronić - a to dzisiejsze spóźnienie to nie moja wina. 
- Właśnie słowo kucz "niczego" - odparł Dobrzański. Nie zamierzał się tłumaczyć tej kobiecie. 

niedziela, 23 lutego 2025

DZIEDZICTWO część II

 Marek po skończonych studiach podjął pracę w firmie. Na początek miał zająć stanowisko dyrektora do spraw rozwoju i promocji firmy. Wraz z młodym Dobrzańskim pracę znalazł tu Sebastian Olszański. Byli przyjaciółmi z czasów studiów i to było niemalże pewne, że pucołowaty blondyn nie będzie miał trudności z podjęciem pracy. On również zajął wysokie stanowisko. Od początku piastował stanowisko dyrektora HR. 
- Wiesz Seba powinienem mieć jakąś asystentkę - zwierzał się swojemu przyjacielowi, któregoś wieczoru podczas spotkania w klubie. 
- To świetny pomysł przyjacielu - poparł go Olszański i dodał - jutro zredaguje ogłoszenie - Marek skinął głową zgadzając się. 
Wysiadł z windy na piątym piętrze, a jego wygląd wskazywał na nieprzespaną noc. 
- Dzień dobry Aniu - podszedł do lady recepcyjnej witając się z młodą dziewczyną. 
- Cześć Marek - odpowiedziała, podała mu klucz od gabinetu oraz pocztę. 
Tak wyglądały niemalże wszystkie jego przyjścia do pracy. Podkrążone oczy, wręcz przepite. I nierzadko przychodził spóźniony. Najwyraźniej sądził, że skoro jest synem prezesa, to nie musi jak inni zaczynać pracy o ósmej. Kadrowy miał nieco podobne myślenie co do godziny zaczynania pracy. Sądzili najwyraźniej, że Krzysztof tego nie zauważy. Ale i na pewno nikt nie doniesie prezesowi. Jakże się mylili. Ledwo co wszedł do gabinetu, a rozdzwonił się stojący na biurku telefon. Jednak zignorował go. Kolejny raz usłyszał dźwięk kilka minut później. 
- Matko Boska nawet chwili spokoju - pomyślał. 
- Dobrzański, słucham - rzucił do słuchawki. 
- Za pięć minut widzę cię u siebie w gabinecie - usłyszał głos ojca. 
- Ale teraz nie mogę - odparł próbując się wymigać od tej wizyty. Nie chciał aby ojciec widział go w takim stanie. 
- Tak? A co masz takiego pilnego? - dociekał senior - powiedziałem za pięć minut - dodał i się rozłączył. 
Zjechał windą na trzecie piętro, a tam przed gabinetem ojca stał jego  przyjaciel. W pierwszej kolejności przywitał się z sekretarką Krzysztofa, a potem zwrócił się do przyjaciela. 
- Co tu robisz? 
- Twój ojciec mnie wezwał - odpowiedział kadrowy. 
Chwilę później otworzyły się drzwi od gabinetu a w nich ukazał się prezes. 
- Zapraszam panów - usłyszeli. Weszli do środka i zajęli miejsca w stojących przed biurkiem dwóch fotelach. 
- Co takiego się stało, że wezwałeś nas obu? - dopytywał Marek.
- Wasze podejście do pracy. A raczej do tego w jakim stanie przychodzicie do pracy oraz kiedy. Prawie codziennie jesteście spóźnieni przynajmniej o godzinę, a wasz wygląd również mówi wiele. Zastanawiam się co zrobić z wami. Najlepszym rozwiązaniem będzie jeśli was zwolnię - obaj pobledli na tę wiadomość. 
- Ale to nie tak - próbował bronić się junior. 
- Panie prezesie proszę mnie nie zwalniać. Właśnie co wziąłem kredyt na zakup mieszkania - próbował uprosić Olszański.
- Nie tak? A jak? Nigdy nie zaczynacie pracy tak jak wszyscy. Czy wy uważacie, że jesteście nie do ruszenia, bo jeden jest moim i synem a drugi to przyjaciel syna? - wyrzucał z siebie Krzysztof - jeśli tak myślicie, to jesteście w dużym błędzie. 
Ta rozmowa trwała jeszcze jakiś czas w końcu dało się przekonać seniora aby ich pozostawił, jednak postawił warunki.
- Codziennie przychodzicie punktualnie do pracy i nie opuszczacie firmy do końca dnia. Wyjątkiem są twoje wyjścia - zwrócił się do syna - jeśli trzeba załatwić coś związanego z firmą. Jeżeli nie zastosujecie się do tego, wylecicie. A teraz opuście mój gabinet, bo mam mnóstwo roboty - podziękowali za daną szansę i wrócili do swoich gabinetów. 
Widać było, że Olszański wziął sobie słowa Krzysztofa Dobrzańskiego do serca. Marek w pewnym sensie też. Jednak nie aż tak jak przyjaciel. 
- Marek ja będę się zbierał. Jutro trzeba wstać. 
- Nie przesadzaj. Ojciec już zapewne zapomniał o całej sprawie. 
- Wiesz jakoś nie jestem skory tego sprawdzać.  Ty możesz wystawiać cierpliwość swojego ojca na próbę ile tylko chcesz. Ja nie zamierzam. Mam zobowiązania finansowe, które jeśli stracę posadę to nie będę mógł spłacać. Tobie to nie grozi, bo jesteś spadkobiercą tej fortuny, a obecnie posiadasz już połowę udziałów. 
- Nie przesadzaj przyjacielu - zaczął junior Dobrzański - przecież zawsze cię wybronię. 
- Przykro mi przyjacielu, ty jeśli chcesz to zostań. Ale ja wracam do domu - odparł i jeszcze dodał - pamiętaj, że masz jutro umówione rozmowy na asystentkę - Marek skinął głową i pożegnał się z przyjacielem. 
Następnego dnia było już dobrze po dziewiątej, a młodego Dobrzańskiego wciąż nie było w firmie. 
- Stary, gdzie ty jesteś? - kolejny raz nagrał się na pocztę kadrowy. 
Coraz bardziej obawiał się o młodego Dobrzańskiego. Kolejny raz wybierał dobrze znany numer kiedy usłyszał pukanie. Zaprosił gościa. 
- Witaj Sebastian - usłyszał ten dobrze znany tembr głosu. 
- Dzień dobry panie Krzysztofie.
- Marek się dzisiaj spóźni i to dość mocno. Wiem, że miały odbyć się dzisiaj rozmowy w sprawie asystentki dla mojego syna - mówił senior. 
- Czy coś się stało? - zaniepokojony dopytywał Sebastian. 
- Jest na komisariacie, został okradziony - odpowiedział prezes - co do tych rozmów, to przeprowadź je sam. A potem zdasz relację Markowi i on zdecyduje, którą zatrudnić. 
Sebastian tak jak nakazał mu Krzysztof przeprowadził rozmowy z kandydatkami. Z grupki dziesięciu wybrał trzy, które według niego nadawały się najlepiej. Każdej z dziewczyn przekazał następującą informację. Owszem nie do końca było to prawdą, ale nie uważał za koniecznie mówienia wszystkiego. 
- Dziękuję pani za rozmowę. Odezwiemy się do pani do końca tygodnia. 

Było dobrze po dwunastej kiedy to Marek pojawił się w firmie. Najpierw swoje kroki skierował do gabinetu ojca, aby wyjaśnić co się wydarzyło. 
- To musiało się tak w końcu skończyć - usłyszał na koniec od ojca - zadajesz się z kobietami niewiadomego pochodzenia i z jakimi intencjami. Chociaż jeśli chodzi o intencje to raczej są im dobrze znane. Jakby nie było jesteśmy znaną rodziną i w dodatku rozpoznawalną.
Ten siedział ze spuszczoną głową, w myślach przyznając ojcu racje.
- Powiesz co ci zginęło? - zapytał go Krzysztof, ale tym razem tonem zatroskanego rodzica. 
- Gotówka, aparat cyfrowy, karta bankomatowa, telefon - wyliczał. 
- Najważniejsze, że tobie nic się nie stało - rzekł prezes i potem dodał - zanim wrócisz do domu idź jeszcze do Sebastiana. On przeprowadził te umówione na dzisiaj rozmowy. Miał wybrać trzy najbardziej odpowiednie. Z tej trójki ty sam zdecydujesz. 
Marek nie tracąc czasu udał się do gabinetu przyjaciela. 
- Cześć przyjacielu - rzekł wchodząc do środka. Sebastian oderwał wzrok od komputera i przyjrzał się przyjacielowi. Zaraz po przywitaniu dopytywał. 
- Co się stało? 
- Jak się rano obudziłem okazało się, że mnie okradziono - wyjaśnił. 
- Okradli? Kto? Kiedy? - dociekał kadrowy. 
- To dłuższa opowieść. Jeśli chcesz ją usłyszeć to przyjedź do mnie  do domu po pracy. A teraz jeśli możesz to pokaż mi kogo wybrałeś. 
- W porządku wpadnę po robocie - mówił jednocześnie biorąc z regału trzy teczki - masz zobacz. I wiesz co, najlepsze wrażenie zrobiła na mnie ta - rzekł i wskazał na konkretną kandydatkę. Marek na sam widok zdjęcia skrzywił się. 


CDN...